Alan W. Watts

ŚWIĘTA I ŚWIECKA MiŁOŚĆ


Zawsze bardzo poglądowe staje się sięgnięcie do pierwotnego znaczenia słów, nie tylko po to, aby odkryć nowe znaczenia, jakie słowa te zyskały, ale także aby dowiedzieć się, jakie stare znaczenia utraciły. Słowo „profanum”, na przykład, z początku wcale nie oznaczało bluźnierstwa czy braku religijności, ale obszar lub podwórze przed (pro) wejściem do świątyni (fanum). Było to odpowiednie miejsce kultu dla zwyczajnych ludzi, w odróżnieniu od inicjowanych. Określenie „zwyczajni” dotyczy tutaj ludzi żyjących w społeczeństwie. Przez kontrast to, co święte nie wiązało się jedynie z religią, ale z tym, co znajduje się na zewnątrz lub poza społeczeństwem, tym, co było — znów w starożytnym znaczeniu — nadzwyczajne — albo pozostające poza społecznym porządkiem.

Wydaje się jednak, że utraciliśmy z pola widzenia fakt i możliwość istnienia czegoś takiego jak pozycja poza społecznym i konwencjonalnym porządkiem, pozycja, która nie jest wywrotowa, ale wolna od reguł i nie zwrócona przeciwko nim. Prawie zawsze mylimy takie stanowisko z jego przeciwieństwem, zajmującym miejsce poniżej porządku i bardziej sugerującym chaos niż wolność. Jest to takie sarno pomieszanie pojęć, jak w przypadku, kiedy mówiąc o „autorytecie”, myślimy o rządzie, Kościele, tradycji czy o powoływaniu się na dobrze udokumentowane notatki. Jednakże nie pozostaje to w zgodzie z opisem Jezusa, o którym powiedziano, że Uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak ich uczeni w Piśmie1. Chodzi tu o to, że wypowiadał się on z wewnętrznym przekonaniem, które znów trzeba odróżnić od dogmatyzmu wskazującego na wewnętrzny brak pewności. Podobnie „oryginalny” oznacza teraz coś nowego lub nawet ekscentrycznego, lecz głębsze znaczenie „autorytetu” i „oryginalności”, dotyczy autora i źródła czynów jako wolnego czynnika. Społecznie uwarunkowana persona, czyli odgrywające swoje role ego, nie jest jednakże wolnym czynnikiem. Człowiek jest wolny o tyle, o ile uświadamia sobie, że jego autentyczna jaźń jest autorem i źródłem jego natury.

Jednakże, przyzwyczajeni do mieszania poziomów, nie odróżniamy tego stwierdzenia od lunatycznych przechwałek, takich jak: „Ja sam jestem Bogiem”. Z powodu tego pomieszania Zachodni Kościół odrzucił objawienie Eckharta, mówiącego: Bóg musi całkowicie stać się mną, a ja całkowicie [stać się] Bogiem, [musimy stać się] tak całkowicie jednym, by to „On” i to „ja” stali się i byli Jednem, i w tym bytowaniu wiecznie spełniali jedno dzieło. Dopóki bowiem to „On” i to „ja”, to znaczy Bóg i dusza, nie są jednym jedynym „tu” i jednym jedynym „teraz”, dopóty to „ja” nie mogłoby z „Nim” ani razem działać, ani stać się jednym2.

Podstawa pomieszania pojęć polega na tym, że zachodniej tradycji chrześcijańskiej brakuje tego, co nazywamy „wnętrzem”. Jej oficjalna postawa, nawet bez uświadomienia sobie tego, zawsze była świecka, konwencjonalna i egzoteryczna. W ten sposób dokonano pomieszania profanum z sacrum, tego, co względne z tym, co absolutne, sfery społecznego prawa i porządku z boską naturą. Dlatego też społecznemu porządkowi narzucono zbyt ostre sankcje, a jego prawa uczyniono absolutnymi imperatywami. Można to zauważyć w poglądzie uznającym miłość Boga i miłość natury jako alternatywę, podobną do wzajemnie wykluczających się stworzeń czy rzeczy. Lecz kiedy Bóg, Absolut, zostaje ściągnięty na dół do świata stworzeń i zmuszony do konkurowania z nimi, porządek stworzenia i społeczny ład oraz wszelkie konwencje rozpadają się w pył. Ponieważ kiedy ucho śpiewa, wszystkie inne dźwięki giną. Dlatego też chrześcijańskie czynniki oficjalne same są przyczyną sekularyzacji i płytkiego relatywizmu, które tak bardzo potępiają. Świecka rewolucja rene- sansu i oświecenie, oraz wszystko co po nich nastąpiło, było parodią „misterium”, które Kościół odrzucił. Dotyczyło ono całkowicie wewniętrznej i świętej doktryny, mówiącej, że w rzeczywistości w Bogu wszyscy ludzie są wolni i równi, albo ujmując to w inny sposób, w Bogu nie istnieją żadne klasy czy podziały, żaden szacunek dla osoby. Ponieważ podczas inicjacji misterium przyoblekli nowego, który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu [Boga], według obrazu Tego, który go stworzył. A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus3.

Instytucja Kościoła, to jest świecki Kościół, nie mógł uznać ani popierać takiej doktryny. Kiedy zostawała ona wyciągana na światło dzienne i stawała się pretekstem dla rewolucji, wtedy Kościół mówił: „Przecież nie jest to nic nowego. Wiedzieliśmy o tym przez cały czas, a teraz możemy to wam właściwie wytłumaczyć”. Zamiast tego, w rzeczywistości, Kościół wyparł się istoty tej doktryny, uciekając się do jeszcze sztywniejszej identyfikacji Boga z prawem, pozostawiając ludziom świeckim postawę i miejsce poza dobrem i złem oraz ich rozróżnieniami. Ale tam postawa ta została sprowadzona poniżej dobra i zła. Tutaj wartości nie zostały prze- kroczone, ale odrzucone, a równość w obliczu Boga stała się przekonaniem, że wszyscy ludzie są jednakowo pośledni. Wolność stała się jedynie indywidualizmem, a bezklasowe społeczeństwo szarym ujednoliceniem. Sztuka stała się monotonną ekscentrycznością, a rzemiosło monotonną produkcją masową. Są to oczywiście niebezpieczne uogólnienia, od których na szczęście istnieją wyjątki, ale główna tendencja tak zwanego współczesnego czy postępowego ducha, pozostaje nastawiony na zamazywanie społecznych różnic, co w efekcie prowadzi do dezorgani- zacji społeczeństwa, ponieważ to, co organiczne jest zawsze zróżnicowane, zarówno w funkcji, jak też i w wartościach.

Jedną z najbardziej krańcowych form tej parodii jest postawa wielu freudystów, którzy zredukowali wszelką twórczą aktywność — sztukę, filozofię, religię i literaturę — do przejawów oralnego czy analnego erotyzmu, albo infantylnego kazirodztwa, czego cyniczną implikacją jest jednakowe u wszystkich ludzi poczucie winy. W postawie tej wyraźnie przebija poczucie, że te pełne libido postawy nie są wcale naturalne i czyste, a poetów i mędrców można zdeinaskować przez sprowadzenie ich do takiego poziomu, który dla tych psychologów jest wstrętny. Przypomina to nic innego, jak tylko „policyjną psychologię”, która uważa, że wszyscy ludzie, łącznie z policjantami, są przestępcami. W takich przypadkach wyraźnie widać, że ta parodia doktryny równości to destruktywna obraza twórczości, dokonana przez ludzi pozbawionych przywilejów i miłości.

Jednakże nie są to ludzie niskiego statusu — ale bez statusu, w wielkiej obfitości zrodzeni przez społeczeństwo, które myli prawo moralne z boską nalurą. Takie społeczeństwo nie może udzielić żadnego statusu tym, którzy zajmują niską pozycję — hazardziście, prostytutce, pijakowi, żebrakowi, seksualnemu dewiantowi czy włóczędze. W systemie absolutystycznej moralności dla takich ludzi w ogóle nie ma miejsca. Nie są oni akceptowani przez Boga, ponieważ nie można dopuścić do tego, aby w Królestwie Niebieskim znalazł się ktoś ostarni4. A boskie słońce nie będzie świecić na niesprawiedliwych, dopóki nie przyrzekną poprawy5. Ale niesprawiedliwi nie tylko są specjalną klasą ludzi; niesprawiedliwe i nie dostosowane elementy (w jęz. ang. gra słów: unjust, unadjusted) istnieją w każdym członku społeczeństwa jako zignorowane aspekty natury, które nie pasują do mai6, konwencjonalnego porządku. Są one, w technicznym sensie, obsceniczne albo „znajdują się poza sceną” (ang. obscene, off-scene), ponieważ nie mieszczą się W ramach obrazu i nie odgrywają najważniejszej roli w społecznym dramacie. Jednakże są one tak ważne jak rusztowania za sceną, twarze ukryte za maskami i ciała pod kostiumami.

Jednak kiedy myli się ze sobą porządek konwencjonalny z boską naturą, nie dostosowani i znajdujący się poza sceną stają się metafizycznie grzesznikami — absolutnie nie tolerowanymi przez Boga. A czego nie toleruje Bóg, temu też nie pobłaża człowiek. Nie może on pozwolić sobie na taką sytuację, w której ignorowane i obsceniczne części jego natury zostają wystawione na scenę i potępione. Jego jedyną obroną pozostaje oskarżenie oskarżycieli, ściągnięcie każdemu maski i stwierdzenie: „Spójrzcie, jesteście naprawdę tacy sami jak ja!” Jednak to stwierdzenie na sWój sposób także jest błędne, tak samo jak pomieszanie pojęć, które je sprowokowało. Miejsce poza sceną nie jest rzeczywistością poza zewnętrznym dramatem: stanowi ono również część iluzji, ponieważ to, co znajduje się poza sceną, jest uzależnione od tego, co jest na scenie; to, co ignorowane pozostaje związane z tym, co zauważane, Błąd polega tutaj na przypuszczeniu, że wyparte energie seksualne znajdują się poza kulturowymi osiągnięciami, ponieważ ich wzajemny związek opiera się na współzależności, a nie na podporządkowywaniu. Zło zostaje zdefiniowane przez wybór dobra, a nie przez żadne inne realia.

Kiedy w taki sposób święta idea równości zostaje sprofanowana, staje się parodią, mówiącą, że w rzeczywistości w Bogu wszyscy ludzie są tacy sami w swojej obsceniczności. A naprawdę powinna znaczyć, że w rzeczywistości wszyscy ludzie są tacy sami w swojej esencjonalnej niewinności — że podział ich natury na dobrą i złą, znajdującą się na scenie, czy poza nią, jest (W innym oryginalnym znaczeniu słowa) arbitralny, to znaczy pozostaje osądem niezależnego obserwatora, nikogo innego, niż naszego starego przyjaciela, wyizolowanego „ja”. Lecz w oczach Boga nie ma żadnego podziału na scenę i obszar poza nią, a wszyscy ludzie są tacy, jacy właśnie są, jak powiedzieliby buddyści, jednej takości. Kiedy kurtyna opada, i wszyscy aktorzy stają przed autorem i reżyserem, gdy nie grają już swoich ról, główny bohater i czarny charakter, człowiek ze sceny i ten spoza niej, są tak samo oklaskiwani. Przeto nie sądźcie przedwcześnie, dopóki nie przyjdzie Pan, który mzjaśni to, co w ciemnościach ukryte, i ujawni zamiary serc. Wtedy każdy otrzyma od Boga pochwałę7.

Czasem jednak widownia wygwizda aktorów. Ale czarny charakter nie dlatego zostanie wygwizdany, że był czarnym charakterem, ale dlatego, że nie był autentyczny. Widownia będzie również gwizdać, jeśli to, co ma pozostawać poza sceną, znajdzie się na scenie lub vice versa. Innymi słowy, nie ma nic złego w obsceniczności, dopóki pozostaje na swoim miejscu poza sceną. Ale w moralnym absolutyzmie nie ma dla niej żadnego miejsca — prawdopodobnie dlatego, że widownia nie wie, iż sztuka jest sztuką. Społeczny dramat wraz z jego konwencjami został pomylony z rzeczywistością.

Właściwe rozróżnienie pomiędzy tym, co święte a tym, co świeckie oraz między świeckim a obscenicznym posiada największe znaczenie dla filozofii miłości mężczyzny i kobiety. Niemożność zauważenia różnicy pomiędzy sacrum a profanum jest jedną z głównych przyczyn, dla których tradycja chrześcijańska nie ma adekwatnej idei świętej miłości. Ponieważ święta miłość to nie miłość Boga, w odróżnieniu do miłości stworzeń. Święta miłość to nie małżeństwo, chociaż czasami może pojawić się między małżonkami. Świętą miłością nie jest także „wielka namiętność” w popularnym i romantycznym sensie. Tak jak we współczesnej świeckiej tradycji istnieje parodia równości w obliczu Boga, tak też mamy tutaj parodię świętej miłości, która powstała w mniej więcej podobny sposób.

Powszechnie wiadomo, że instytucja małżeństwa przybyła na Zachód jako wysoce sformalizowana umowa między rodzinami. Ten charakter utrzymała ona aż do dziś w niektórych krajach łacińskich. Założenie rodziny w żadnym wypadku, nie było sprawą prywatnego wyboru, ale niesłychanie ważną decyzją, w podjęcie której zostawało angażowane wiele osób. Małżeństwo-nie było aranżowane przez młodą parę, ale przez dziadków, babki i legalizowane przez formalne kontrakty, których współczesna wersja istnieje do dziś. To, czy para „kocha się” nawzajem czy też może zakochać się w przyszłości, miało małe znaczenie. Małżeństwo reprezentowało sprzymierzenie, skoligacenie się rodzin i pozostawało uzależnione od politycznych, społecznych i innych — jednakże „prymitywnych”, eugenicznych przyczyn. W kulturach, gdzie ta forma małżeństwa jeszcze istnieje, rozkwita konkubinat i inne formy pozamałżeńskiego seksu, jako przywilej oczywiście dla mężczyzn, bardziej tolerowany niż uznawany przez prawo. Ogólnie rzecz biorąc, takie pozamałżeńskie związki, za cichym, nieoficjalnym społecznym przyzwoleniem, pozostawały poza sceną. Tak więc małżeństwo było świecką instytucją — sprawą społecznej konwencji, takiej jak występująca pomiędzy ludźmi odgrywającymi swoje społeczne role. Dlatego też ci, którzy wychodzili poza role, ci, którzy, jak np. W Indiach, znajdowali ponad kastą, nie zawierali małżeństwa, albo przynajmniej porzucali je, kiedy nadszedł czas ich wyzwolenia z mai.

Chrześcijaństwo wyrosło na Zachodzie jako niezwykle dziwna mieszanka społecznych i religijnych idei, pochodzących z wielu różnych źródeł. Objęło prawne i społeczne idee, głównie żydowskie, wraz z greckimi lub esseńskimi pojęciari moralnej i duchowej czystości, oraz prawdopodobnie pewne zniekształcone i obce elementy pochodzące z Indii. Powstałe pomieszanie pojęć stało się tak zagmatwane, że aby je rozwikłać, najlepiej sporządzić listę głównych czynników wchodzących tu w grę:

żydowska idea, mówiąca, że fizyczny wszechświat z natury swojej jest dobry,

orficka i zniekształcona idea indyjska, utrzymująca, że fizyczny wszechświat jest zły,

żydowska instytucja małżeństwa, traktowanego jako własność i ro- dzinna umowa,

żydowska idea świętości prokreacji, obowiązek zwiększenia populacji, grzech marnowania nie wykorzystanego do prokreacji ludzkiego nasienia,

orficko-esseńsko-indyjska idea wycofania się z ciała poprzez po- wstrzymanie się od prokreakcji i dzięki dziewictwu dostąpienie większej świętości,

żydowska idea grzechu cudzołóstwa jako naruszenia praw własności,

generalnie biorąc grecko-indyjska tradycja, polegająca na tym, że święta osoba pozostaje poza społeczeństwem,

żydowska idea społecznych konwencji jako praw Bożych,

własna idea Jezusa utrzymująca, że kobiety również posiadają pewne prawa, ponieważ przynajmniej w tym równe są mężczyźnie, iż posiadają duszę.

Nic więc dziwnego, że próba połączenia tych idei pogrążyła związek między mężczyzną i kobietą w straszliwym chaosie, chociaż być może było to wartościowe, przynajmniej ze względu na jedną ideę — uznającą, że „Kobiety są ludźmi”.

Aby ocenić rozmiar tego pomieszania pojęć, musimy zwrócić uwagę na fakt, że indyjskie idee dotarły na Zachód w wyjątkowo spopularyzowanej i dosłownej formie, formie, którą oczywiście najpierw przyjęły w Indiach. Główną cechą tego zniekształcenia było pomieszanie mai ze złem z jednej strony i z naturalnym wszechświatem z drugiej. Pociągało to za sobą dalsze pomieszanie dziewicy, tj. świętej osoby, z kimś pozostającym w całkowitej abstynencji, z osobą, która odeszła nie tylko od społeczeństwa, ale także od natury. Ale pierwotnie parthenos, czyli dzie- wica, oznaczała kobietę nie podporządkowującą się zalegalizowanemu małżeństwu, ale samą wybierającą sobie partnera. Stawała się ona „nieza- mężną matką”, nie dlatego, że była rozpustna czy uprawiała stosunki pozamałżeńskie, ale po prostu dlatego, że była osobą rządzącą się swoimi własnymi prawami.

Wczesny Kościół połączył wszystkie te różnorodne czynniki, wprowadzając legalny związek małżeński, ograniczony do jednej żony i w rzeczywistości wyłączył spod prawa rozwód, dla uznania praw kobiety. Konsekwentnie, następnym krokiem byłoby ciche przyzwolenie kobiecie na seks „poza sceną”, ale zamiast tego zabroniono go mężczyźnie. Jezus atakował rozwód, ponieważ rozwiedziona kobieta była jak towar niezdatny do użytku, zwrócony z powrotem sprzedawcy. Wskutek tego kobieta całkowicie traciła swój społeczny status. Ważne jest jednak to, że małżeństwem, które Kościół zmonogamizował i ochraniał przed rozwodem, i z którego wyłączył konkubinat, było rodzinnie zaaranżowane małżeństwo. Seksualna miłość, w każdym innym sensie, poza niedozwolonym i grzesznym pożądaniem, nie stanowi więc żadnego problemu i pozostaje całkowicie ignorowana przez Nowy Testament.

Mówiąc w skrócie, Kościół połączył w formie związku małżeńskiego żydowski fanatyzm prokreacji z grecko-indyjskim ideałem seksualnej abstynencji, co dało w efekcie (najgorsze z możliwych) ograniczenie odczuć seksualnych. W ten sposób świecka instytucja małżeństwa została utożsamiona — albo raczej pomylona — ze świętym stanem niewinności, który z kolei pomieszano z pozbawionym radości seksem, albo z bardziej pożądaną dziewiczą abstynencją. Św. Paweł powiedział: „Niech ci, którzy mają żony, będą takimi, jakby ich nie mieli”8. Rezultat: sakrament Świętego Małżeństwa miał się stąć uświęceniem profanum przez sacrum, analogicznie jak jedność Słowa i ciała we Wcieleniu. Lecz, ponieważ Słowo i Duch, jak pojmowano, były w rzeczywistości przeciwstawne ciału, a sacrum przeciwstawne profanum, tak więc połączenie tych dwóch nie było jednością, ale zniewoleniem. Podobnie, jako że mężczyzna reprezentował ducha, a kobieta ciało, żona nie miała żadnej możliwości wyboru swego partnera i musiała podporządkować się swojemu mężowi. Oczywiście, była to koncepcja małżeństwa, która nie mogła długo przetrwać, została więc zmodyfikowana przez możliwość praktyki dokonywania wyboru przez obu partnerów. Kiedy Kościół utożsamiono z państwem, a jego wczesna gorliwość nieco osłabła w praktyce, Święte Małżeństwo zmodyfikowano na wiele sposobów, przede wszystkim zamieniono je na poligamię, konkubinat czy prostytucję. Lecz tym, co w największym stopniu przemieniło chrześcijańską koncepcję małżeństwa, było pojawienie się w średniowieczu kultu dworskiej miłości, który stanowi historyczną podstawę tego, co znamy obecnie jako romantyczną miłość.

Historycy niezupełnie zgadzają się co do źródeł pochodzenia i natury tego wyjątkowego ruchu, ale przeważa opinia, że herezja katarów, będąca jego źródłem, stanowiła formę perskiej religii, a więc manicheizmu, której pozostałości z czasów Imperium Rzymskiego przetrwały w zachodniej Europie. Albo też, że została ona ponownie wprowadzona przez powracających krzyżowców, W tym czasie manicheizm był synkretycznym ruchem i jako zbiór zniekształconych indyjskich idei zrobił karierę na Zachodzie. W skład tych idei wchodził krańcowy dualizm ducha i natury, przypominający filozofię samkhji, oraz koncepcja miłości jako „czystego pożądania”, która jakoś dziwnie przypomina indyjską tantrę, gdzie stosowano pobudzanie i przekształcanie pożądania seksualnego jako pewien rodzaj jogi. Duchowym ideałem manicheizmu było wyzwolenie Światła ze świała ciemności i poprzez ten akt uwolnienie ludzkiego ducha z cielesnego więzienia.

Koncepcja „czystego pożądania”, tak samo jak dualistyczne zniekształcenie doktryny mai, w rzeczywistości dotarła na Zachód przed pojawieniem się katarów. Świadczy o tym to, że u św. Jana Chryzostoma, św. Grzegorza z Nazjanzu oraz u św. Hieronima znajdujemy potępienie rozpowszechnionego wśród katarów nazywania siebie agapetae lub virgines subintroductae. Chodzi tu o praktykę nawiązywania związków miłosnych z chrześcijańskimi dziewczętami. W skład owej praktyki wchodziły pieszczoty i spanie z dziewicami, a także być może coitus reservalus9, ale unikano emisji nasienia. Oznacza to, że seksualne pożądanie nie zostawało „rozproszone” podczas orgazmu, ale powstrzymane, aby rozwinąć się w namiętność. Ujmując to w inny sposób, można powiedzieć, że powstrzymanie pożądania w centrum seksualnym powodowało, że zaczynało ono opromieniać cały organizm przekształcając atmosferę seksualnych odczuć w fazy związku pomiędzy partnerami. W ten sposób pociąg seksualny zostawał personifikowany. Było to pożądanie nie „kobiety” w ogóle, ale konkretnej kobiety, której całe ciało i codzienne towarzystwo zostawało „przeniknięte aromatem” powstrzymywanej i promieniującej żądzy. W ten sposób idealizowano kochankę, która była już czymś więcej niż kobietą, stawała się boginią, wyobrażeniem bóstwa.

Praktyka ta, represjonowana przez Kościół, odżyła znów w Europie w XII wieku, teraz w formie kataryzmu i dworskiej miłości. Kobiety przeważnie nie były jednak dziewicami, ale mężatkami, często żonami feudalnych książąt i z nimi to młodzi rycerze tworzyli związki donnoi. Były to ewidentnie „idealne”, czyli „seksualnie czyste” związki miłosne, w których seksualne odczucia zostawały przekształcane w szacunek i galanterię, jakich lady mogła spodziewać się od gentlemana. Związki te dostarczały tematów pieśniom trubadurów, głównemu źródłu późniejszej europejskiej poezji świeckiej, jak również stanowiły podstawę zachodniego pojęcia idealnej, romantycznej miłości.

Historycy nie mogą zgodzić się co do tego, czy związki te rzeczywiście były „idealne”, czy też po prostu stanowiły zasłonę dla wyrafinowanego cudzołóstwa. To drugie przeświadczenie opierało się na wielu poetyckich fragmentach odnoszących się do pieszczenia i obejmowania nagiego ciała ukochanej pani. Istnieje jednak równocześnie taka sama liczba wzmianek o absolutnej konieczności unikania faktycznego stosunku seksualnego — jak powiedział jeden z poetów: „Nie wie nic o donnoi ten, kto chce całkowicie posiąść swoją panią”. Chociaż nie istnieją wyraźne dowody, to jednak dwuznaczność wzmianek sugeruje, że związek taki często rozciągał się na coitus reservatus, albo też używając perskiego słowa, można powiedzieć, że stosowano carezzę — przedłużony stosunek bez orgazmu mężczyzny.

Lecz niezależnie od tego, czy carezza była stosowana czy nie, jasne jest, że dworska miłość, w odróżnieniu od aktywnego typu seksualności, wprowadziła kontemplacyjny typ seksualności — zupełnie jak w religijnym rozróżnieniu na życie kontemplacyjne i aktywne. Idealny trubadur musiał co najmniej z czcią patrzeć na zawoalowaną damę swego serca. Dzięki takiemu szacunkowi trubadurzy uchwycili jeden z elementów świętej miłości; związek miłosny pozostawał złączony z życiem kontemplacyjnym i przez nie uwarunkowany. Należy pamiętać, że życie kontemplacyjne to nie to samo, co życie klasztorne, chociaż czasami, to drugie zawiera je w sobie. W swojej istocie kontemplacyjne życie stanowi szczyt duchowego wglądu, umożliwia wizję, tj. theorię Boga. Jest to urzeczywistnienie przenikające każdą zwyczajną i codzienną aktywność. Otóż w taki sam sposób trubadur pragnął kontemplować swoją damę; całe jego życie slawało się przeniknięte jej obecnością.

Chociaż dworska miłość została przejęta przez niektórych duchownych, a związki donnmoi często były błogosławione przez obrządek kościelny, w końcu kult ten stał się przedmiotem najbardziej bezlitosnego prześladowania, na które pozwolił sobie Kościół przed okresem Reformacji. Dominikańska kampania przeciw katarom i albigensom miała również na celu zastąpienie idealnej kobiety, przedmiotu dworskiej miłości, przez Dziewicę Marię. Ale wszystkie te prześladowania nigdy nie usunęły procesu, który przemienił chrześcijańskie małżeństwo w ideał spełnienia romantycznej miłości — ideał, który później przejął sam Kościół. Dlatego też współczesne katolickie teorie chrześcijańskiego małżeństwa radykalnie różnią się od koncepcji z czasów patrystyki, przede wszystkim z powodu wchłonięcia wielu elementów filozofii dworskiej miłości. Tak więc są one prawdziwym źródłem współczesnej chrześcijańskiej doktryny miłości małżeńskiej, bardziej niż nieliczne wskazówki zawarte w Ewangelii, i u św. Pawła. Niewielu współczesnych katolickich teologów traktuje małżeństwo jako wyłączne ograniczenie się do stosunków seksualnych z jedną kobietą w celu prokreacji chrześcijańskich dzieci. Nacisk prze- sunął się teraz na ideę miłości do kobiety jako osoby, jako tej kobiety bardziej niż „kobiety” w ogóle, gdyż w ten sposób śmiertelna miłość staje się analogiczna do miłości Boga, pojmowanej jako wieczna wierność każdej indywidualnej osobie ludzkiej.

Bez wątpienia ten współczesny pogląd na Święte Małżeństwo stanowi niezwykły postęp w stosunku do tego, co pierwotnie było tylko sztywnym ograniczeniem się do „zakontraktowanego” małżeństwa z całkowitym potępieniem całej sfery odczuć seksualnych. Lecz w dalszym ciągu jest to parodia świętej miłości, parodia powstała z powodu nieumiejętności odróżniania przez Kościół profanum od sacrum, a także przez wzajemne ich wykluczanie.

Jednym z największych apologetów współczesnego ideału Świętego Małżeństwa jest protestant o umysłowości katolickiej, Denis de Rougemont10, którego znaczące dzieło, „Love in the Western World” („Miłość a świat kultury zachodniej”) jest równocześnie wspaniałym objaśnieniem i zupełnym niezrozumieniem różnicy pomiędzy świętą a świecką miłością. Jego tezy polegają na tym, że dojrzała miłość seksualna winna być całkowitym poświęceniem się innej ludzkiej istocie, czymś zupełnie innym od cielesnej żądzy czy namiętności, które opisuje on jako „zakochanie się w kochaniu”, a namiętność samą jako zaślepienie subiektywnymi uczuciami, powstałymi na skutek usunięcia ze sfery miłości stosunku seksualnego z wyidealizowaną kobietą. Ale oczywiście myli się sądząc, że taka namiętność, jaką kultywowali trubadurzy, wraz z jej czystym erotyzmem albo „pogańską miłością”, jest w opozycji do jego własnej idei małżeństwa. Uważa on, że postawa trubadurów wyrażała taki stosunek do kobiety, w którym kobieta stanowiła jedynie pretekst do ekstazy i to niezależnie od tego, czy była to niszcząca namiętność, czy rozpasana żądza. Jednak tego problemu nie da się tak łatwo rozwiązać, ponieważ to właśnie z dworskiej miłości współczesne chrześcijaństwo zapożyczyło ideę, uznającą możliwość całkowitego połączenia seksualnej miłości z miłością do osoby.

Musimy przypomnieć sobie, że we wczesnych wiekach chrześcijaństwo nie miało żadnej koncepcji uświęcenia seksualnych odczuć. Stosunek seksualny pomiędzy parą małżonków był czysty o tyle, o ile stanowił tylko krótkie fizyczne zbliżenie służące prokreacji. Żonę można było kochać i szanować, bowiem mając nieśmiertelną duszę była tak samo dobra jak mężczyzna. Natomiast pożądanie własnej żony trąciło już cudzołóstwem. W późniejszym czasie chrześcijanie nauczyli się od manichejczyków i katarów sztuki personalizowania pożądania seksualnego, to jest spowalniania nagłej żądzy, tak aby seksualne odczucia nie dotyczyły jedynie nieosobowych organów i członków kobiety, ale całej jej osobowości. Współczesny pogląd na Święte Małżeństwo zajmuje więc pośrednią pozycję pomiędzy wczesnym chrześcijaństwem a chrześcijaństwem dworskim, pozwalając odpowiedniej namiętności albo powstrzymywanej żądzy na personalizację związku. Jednak inaczej niż u katarów: tu potrzebny jest orgazm mężczyzny, aby mogły narodzić się dzieci, oraz by nie pozwolić namiętności stać się celem samym w sobie. Historyczne źródła tego poglądu nie są jednak czysto chrześcijańskie.

Ale nawet ta koncepcja małżeństwa pozostaje bardzo odległa od zrozu- mienia, czym może stać się seksualny związek na poziomie sacrum. Widać to wyraźnie poprzez fakt, że Rougemont utożsamia święty element małżeństwa z wiernością formalnemu, świeckiemu kontraktowi pomiędzy partnerami. Widzi to w ten sposób: całą godność bycia osobą i związaną Z tym odpowiedzialność urzeczywistnia się poprzez silną wolę, poprzez zdolność dotrzymania słowa, w nieodwołalnym wspólnym postanowieniu partnerów, aby pomimo niewerbalnych, naturalnych, cielesnych czy też emocjonalnych względów utrzymać wspólne, kontraktowe ślubowanie. Przyznaje jednak, że jest to absurd sprzeciwiający się wszelkim praktycz- nym racjom, ale tak właśnie wygląda boska absurdalność chrześcijaństwa, o której Tertulian11 powiedział: „Credo, quia absurdum est” — „Wierzę, ponieważ jest to absurdalne”.


Uprzedzając wszelkie racjonalistyczne czy hedonistyczne formy usprawiedliwienia, proponuję, aby mówić tutaj wyłącznie o wierze, która jest dotrzymywana dzięki cnocie absurdu — to znaczy, tylko ze względu na ślubowanie — a także dzięki cnocie czystości, która utrzymuje męża i żonę jako osoby... Twiendzę, że w ten sposób rozumiana wierność jest hajlepszym środkiem na to, aby zostać osobą. Osoba manifestuje się poprzez czyn. Osobą, we wnętrzu każdego z nas, jest istota tworzona jak dzieło sztuki, budowana dzięki zdolności konstruowania, w taki sam sposób jak konstru ujemy rzeczy… Ani namiętność, ani heretycka wiara, która z niej się wywodzi, nie mogła zainspirować wiary w to, że kontrola Natury powinna stać się celem naszego życia.

De Rougemont


W powyższym fragmencie została skondensowana cała historia utożsamiania absolutu, osoby i boskości z tym, co jest sztuczne i przeciwstawne naturze. W oryginalnym znaczeniu osoba, persona, maska jest faktycznie wytworem, mają w jej właściwym sensie. Ale właśnie z tego względu powinna być odróżniana od tego, co boskie i absolutne, ponieważ to, co boskie, rzeczywiste i nie jest skonstruowane, to naturalny, niewerbalny i nie dający się opisać porządek (li), z którego wyłaniają się rzeczy wytworzone, jemu podlegające. Ustawienie tego, co sztuczne i skonstruowane na zewnątrz i przeciw naturze, to doprowadzenie do takiego rozdarcia wszechświata, które jest w stanie uleczyć jedynie całkowite podporządkowanie się woli natury i jej legalnej gwałtowności. Taki pogląd o boskości prawa i słowa wywodzi się z koncepcji małżeńskiego kontraktu, z którego wynika, że to człowiek stworzony jest dla szabatu, a nie szabat dla człowieka. W takim wypadku uważa się, że człowiek zdobywa osobowość, czyli duchową godność, poprzez nieodwołalne podporządkowanie się absolutnemu prawu. W ten sposób wierność zostaje tutaj pomieszana z całkowitym brakiem wiary w siebie, ponieważ pozostając w tych kategoriach, ludzkiemu organizmowi można wierzyć o tyle, na ile zostaje on podporządkowany prawu — prawu, które sam wynalazł, i którego porządek i struktura znajduje się na dużo niższym poziomie niż on sam.

Z tego też powodu Konfucjusz uczynił jen, czyli „szczerość ludzkiego serca” cnotą dużo wyższą niż i, tj. „prawość”, a także unikał podania bardziej szczegółowej definicji tej pierwszej. Człowiek nie jest w stanie zdefiniować ani zalegalizować swojej własnej natury. Może próbować zrobić to tylko kosztem identyfikowania się z abstrakcyjnym i niekompletnym wyobrażeniem siebie samego - tj. z mechaniczną zasadą będącą w swej istocie jakościowo niższą od człowieka. Dlatego też Konfucjusz odczuwał, że na dłuższą metę ludzkie namiętności i uczucia są bardziej godne zaufania niż ludzkie zasady dobra i zła, i że człowiek z natury bardziej jest człowiekiem niż konceptualnie skonstruowaną osobą. Zasady są doskonałe i faktycznie konieczne, jeśli są temperowane przez ludzkie serce i poczucie humoru, które się z nim łączy. Wojna, na przykład, jest mniej destruktywna, gdy wynika z żądzy, niż kiedy walczy się o ideologiczne zasady, ponieważ żądza nie niszczy tego, co chce posiąść, podczas gdy dowodzenie słuszności zasad jest abstrakcyjnym celem, całkowicie bezlitosnym w odniesieniu do ludzkiej wartości życia, a także własności człowieka.

Gorliwcy i fanatycy wszelkiego rodzaju sprzeciwiali się rozumowaniu Konfucjusza, nacechowanemu duchem kompromisu i łagodnego humoru, dowodząc, że jest nieszlachetne i uległe, że brakuje mu heroizmu i żaru całkowitego oddania się zasadzie — i tak właśnie wygląda postawa chińskich komunistów, próbujących zniszczyć konfucjańską tradycję. Lecz z konfucjańskiego punktu widzenia gorliwość totalnego poświęcenia się zasadzie jest nie tylko przejawem głupiej pyszałkowatości i odgrywaniem bohaterstwa, ale również całkowitym brakiem wrażliwości na wewnętrzne odczucia i na naturalną, subtelną inteligencję naturalnego porządku. „Niepospolity człowiek”, mówi Konfucjusz, „przechodzi przez życie bez żadnego z góry powziętego planu działania, nie bojąc się niczego zakazanego. Decyzję o tym, co ma zrobić podejmuje we właściwej chwili”.

Z naszego punktu widzenia takie nauki są pochwałą nieodpowiedzialnego działania i braku porządku. Wydaje się nam, że tylko wtedy, kiedy sztuczny wytwór prawa nie wisi nam nad głową jak maczuga, możemy powrócić do swojej pierwotnej i naturalnej „deprawacji”, jak gdyby to, czym rzeczywiście jesteśmy znajdowało się pod „glazurą” cywilizacji. Jednak nie ma tam tego, czym rzeczywiście, naturalnie i pierwotnie jesteśmy, ale jest tam tylko to, czym jesteśmy poza sceną, co jak już zauważyliśmy, nie jest bardziej rzeczywiste niż bycie na scenie. Gorszący brak porządku jest faktycznie ostatnią rzeczą, o którą można by oskarżać zwolenników konfucjańskiej i taoistycznej filozofii, ponieważ zbudowały one podstawy jednego z najbardziej stabilnych społeczeństw na świecie. Teraz stało się jasne, że aby odkryć charakter świętej miłości, musimy powołać się na analogię do świętego czy też kontemplacyjnego życia W jego różnych aspektach. Lecz na samym początku konieczne jest zrozumienie, że to, co święte nie współzawodniczy ze świeckim, jak gdyby przynależało do tego samego rodzaju. Innymi słowy: świętość nie znajduje się wewnątrz konceptualnego i konwencjonalnego porządku rzeczy, i dlatego nie walczy z nimi ani ich nie unika, ani nie próbuje też ich zdominować. Nie ma żadnej potrzeby tego robić, ponieważ stanowi wyż szy porządek, z którego się one dopiero wyłaniają i któremu zawsze muszą być podporządkowane. Z tego właśnie powodu każda próba ucieczki od seksu, przekształca się w lubieżność. „Tao jest tym, czego ani na jeden moment nie da się oddzielić. To, co da się oddzielić, nie jest Tao”, (Chung-Yung, i.)

W życiu pełnym spontaniczności ludzka świadomość przechodzi z postawy napiętej uwagi, poddanej woli, do kuan, postawy otwartej uwagi, kontemplacji. Taka postawa tworzy bazę bardziej „żeńskiego”, receptywnego podejścia do życia i oczywiście bardziej pozostaje związana Z kobietą. Jest chyba całkiem jasne, że większość do tej pory opisywanych postaw była jednostronna i bezlitośnie męska. Oprócz praktykujących carezzę, mężczyźni nie wiedzieli nic o orgazmie kobiety, który przecież do celów prostej prokreacji wcale nie był konieczny. Dlatego też ich zainteresowania ograniczały się wyłącznie do jasnych i ciemnych stron męskiej przyjemności podczas uprawiania seksu. A co więcej, męskie podejście okazywało się jednostronne, agresywne, dominujące i pełne pożądliwości. Mówiąc krótko, próby wprowadzenia reguł do seksu były dokonywane przez ludzi, którzy prawie zupełnie nic o nim nie wiedzieli.

Idea równości w świętej sferze często oznaczała wyeliminowanie seksu zupełnie, ponieważ św. Paweł powiedział, że w Chrystusie nie było ani mężczyzny, ani kobiety. A sam Jezus twierdził, że w niebie nie istnieje małżeństwo. Ale ta ostatnia uwaga oznacza tylko, że niebo i sfera sacrum znajduje się ponad społecznymi instytucjami sfery profanum. Natomiast świeckie pojęcie seksualnej równości polega jedynie na tym, że dopuszcza się tylko, by kobieta zachowywała się jak mężczyzna, i te dwie parodie, kościelna i świecka, zamiast stosować do seksu zasadę równości, są tej problematyki zupełnie pozbawione. Seksualna równość, właściwie rozu- miana, powinna oznaczać seksualne spełnienie, a więc kobietę urzeczywistniającą swoją męską stronę poprzez mężczyznę, i mężczyznę urzeczywistniającego swoją żeńską stronę poprzez kobietę. Sama „czysta” męskość, jak i „czysta” kobiecość, nie mają ze sobą nic wspólnego i nie istnieje żadna możliwość komunikacji między nimi. To, czym jest prawdziwy mężczyzna czy prawdziwa kobieta, zawsze pozostanie niepojęte, ponieważ ich realność tkwi w naturze, a nie w werbalnych obrazach i pojęciach. Pozostają tylko kulturowe stereotypy i pozy.

Tak więc seksualna równość zakłada, że życie seksualne będzie wolne od świeckich definicji mężczyzny i kobiety, ale też nie występujące przeciwko nim. Zakłada, że już nie potrzebują oni odgrywać ról kochanków, ale wchodzą w związek, który można by nazwać, zapożyczając słowa od św. Augustyna, których używa on w innym kontekście, „Miłujcie (Boga) i róbcie, co chcecie”. Obdarzając się otwartą i pełną delikatności postawą wzajemnej uwagi, znajdują się w sytuacji, w której, bez żadnych ogra-niczeń, „Wszystko przechodzi”.

Odgrywanie ról stało się tak automatyczne, że rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę Z tego, jak głęboko przeniknęło ono do naszego życia. Z tego powodu łatwo mylą się nam role społeczne z naszymi naturalnymi i autentycznymi skłonnościami. Tak więc związek miłosny często jest bardziej „grą” niż czymkolwiek innym. Sama miłość nierzadko staje się udawaną tylko emocją, którą, jak wierzymy, powinniśmy odczuwać. Powszechnie uważa się, że jej obecność może zostać rozpoznana poprzez pewne znane symptomy, których kobieta i mężczyzna nauczyli się wzajemnie oczekiwać od siebie. Jesteśmy na tyle przebiegli, i tak potrafimy je udawać, że nie wie prawica, co czyni lewica. Panuje także przekonanie, iż kochankowie powinni być zazdrośni o siebie. Oczekuje się ochraniającego działania mężczyzny i trochę bezradności od kobiety. Mężczyzna powinien wykazywać inicjatywę w wyrażaniu swojej miłości, a kobieta ma czekać cierpliwie, aż zwróci on na nią uwagę. Pewne typy wyglądu, głosu i figury uchodzą za szczególnie seksowne, a intymnością stosunku seksualnego rządzi rytuał, w którym mężczyzna jest aktywny, a kobieta pasywna i gdzie werbalna i symboliczna komunikacja miłości ogranicza się do bardzo wąskiego zakresu.

Ale na tym nie koniec, ponieważ role zawierają się w rolach, jak kolejne warstwy cebuli. Mężczyzna grający męża przed żoną może rów- nież odgrywać rolę syna dla matki, a kobieta rolę córki dla ojca. Zwykłe odgrywanie ról da się też rozmyślnie porzucić, aby zagrać rolę „natural- ności”, „szczerości” lub „równości”. Mężczyzna może także podświado- mie kultywować pożądliwość (aby upewnić się o swojej męskości i wypeł- nić społeczne oczekiwania) wywołując wśród kobiet podniecenie. Bardzo często uprawiamy miłość, aby dowieść, że jesteśmy kochani, co znaczy, że jesteśmy w stanie utożsamić się z konwencjonalnie akceptowaną rolą.

Każdy, kto staje się świadomy odgrywania ról, szybko odkrywa, że prawie wszystkie jego postawy są rolami, tak że nie potrafi już rozpoznać, czym jest w rzeczywistości 1 nie Wie, co robić, aby szczerze móc siebie wyrazić. Wtedy staje się świadomy tego, co się z nim dzieje i poprzez podwójne związanie zostaje zablokowany w swoich związkach, gdzie każda droga jest zamknięta. Jest więc w stanie całkowitego paraliżu, i nie przestaje myśleć, że istnieje jakieś „właściwe” działanie i pewna grupa uczuć, które ukonstytuują jego prawdziwe „ja”. Tam, gdzie spodziewa się odkryć wyjątkową prawdę o sobie, znajduje wolność, którą myli z nicością. Ludzka wolność w rzeczywistości zawiera porządek, jednak ponieważ jest to nielinearny porządek Ii i Tao, nie może on zostać sklasyfikowany ani utożsamiony z jakąś szczególną rolą. Dlatego też w tym momencie podwójnego związania musimy czekać, aby zobaczyć, co wydarzy się samo Z siebie, spontanicznie. Wtedy odkryjemy, że wrażenie, iż każda droga pozostaje zamknięta, przemieni się we wrażenie otwartości dróg. Dzięki temu Jest się w stanie odgrywać wszystkie role w taki sposób jak w hinduskiej mitologii, gdzie prawdziwe „ja”, wyobrażane jako główne bóstwo, odgrywa wszelkie role niezliczonych skończonych stworzeń.

Ujmując sprawę dokładnie, nie całkiem prawdziwe jest to, że trzeba czekać, aby się coś spontanicznie wydarzyło, ponieważ nasze serce bije, oddech przepływa, a wszystkie zmysły postrzegają. Cały świat doświadczeń bez jakiegokolwiek zmuszania go sam przychodzi do nas. To spontaniczne przybycie doświadczenia nie jest pasywne; jest właśnie spontanicznym działaniem. Kiedy się je obserwuje i odczuwa jako działanie w tym właśnie sensie, rozwija się ono naturalnie w dalsze działania. Przeszkody pojawiają się wtedy, jeśli takie działanie zostaje ignorowane, a jego pozorna bierność interpretowana jako „niewydarzanie się niczego”. To prawda, że może to nie być akurat to, czego oczekujemy, ale to, czego oczekujemy, zawsze podlega bardziej pewnemu przymusowi, niż pozostaje spontaniczne. Ciągłe działanie spontanicznego doświadczenia, traktowane jak akt, jest kreacją świata przez organizm i równocześnie kreacją organizmu przez świat. To podstawa i styl działania, z którego rodzą się miłość i ekspresja. W tym otwartym i pozbawionym przywiązania stanie świadomości ten drugi, ukochany, nie zostaje zdobyty na własność, ale jest przyjmowany wraz z całym bogactwem i splendorem, jak nieoczekiwana niespodzianka.

Prawie w każdej kulturze miłość polega na intymnym stosunku pomiędzy dwojgiem ludzi, w którym konwencje rządzące innymi związkami zostają usunięte. Poprzez to już zostaje zwrócona uwaga, może tylko symbolicznie, na to, co święte, bardziej niż na świeckie. To, że kochankowie zdejmują ubrania w swojej obecności, jest oznaką zdejmowania personalnych masek i wychodzenia z roli. Tylko społeczeństwo, które pozostaje w całkowitej niewiedzy w kwestiach tego, co święte, może traktować seks jako tabu, a tajemnicę miłości uważać za zasłonę dla nieszczęsnego, ale koniecznego zezwierzęcenia. I właśnie tego można spodziewać się po kulturze, która pojmuje ducha jako coś różnego od natury, i która próbuje zdominować porządek natury porządkiem słowa. Dla takiej mentalności utożsamienie seksu ze świętością jest dużo poważniejszym zagrożeniem niż głupie i brutalne sprośności. Jej cenzura jest w stanie tolerować seks, dopóki jest on przedmiotem „świńskich” kawałów i pozostaje jedynie na fizjologicznym poziomie języka medycyny. Innymi słowy, tak długo, jak długo jest trzymany możliwie jak najdalej od świętości. Powiązanie seksu ze świętością wywołuje pełne najgorszych przesądów lęki i fantazje, łącznie z przypuszczeniem o powinowactwo z satanizmem i niesamowitymi praktykami czarnej magii i ścieżki lewej ręki!

Lecz jeśli zjednoczenie kochanków jest już symbolicznym przejściem od profanum do sacrum, od roli do rzeczywistości, to taki związek szczególnie odpowiada rzeczywistemu wyzwoleniu z mai. Jednakże może to nastąpić tylko wtedy, gdy umysły, a także zmysły uczestników pozostają w stanie otwartej uwagi, dzięki czemu przyjmują naturę w jej nieznanej formie. Zamknięta i napięta uwaga jest w stanie postrzegać tylko swoje własne projekcje tego, co już zna. Jest to idealna sfera dla tego typu świadomości, którą Freud uważał za najistotniejszą dla psychoanalizy: Gdy tylko uwaga zostanie rozmyślnie skoncenirowana do pewnego stopnia, jednosika rozpoczyna selekcję znajdującego się przed nią materiału. Jeden punkit zostaje utrwalony w umyśle ze szczególną wyrazistością, podczas gdy inne są konsekwentnie pomijane. Selekcja ta podporządkowana jest oczekiwaniom i skłonnościom jednosiki. I tego właśnie nie wolno robić, gdyż jeśli podczas takiej selekcji jednostka będzie podążać za swoi- mi oczekiwaniami, istnieje niebezpieczeństwo, że nigdy nic nowego nie zostanie odnalezione, lecz tylko to, co już dobrze znane. A jeśli jednostka podąża za swoimi inklinacjami, wszystko, co zostanie dostrzeżone, z pewnością będzie fałszywe. Powszechnie wiadomo, że ze wszystkich ludzi kochankowie wzajemnie widzą się w najbardziej nierealistycznym świetle, i że ich spotkanie to tylko wzajermna projekcja idei pełnych przesady. Lecz czyż nie może być tak, że natura po raz pierwszy pozwoliła im zobaczyć, czym jest ludzka istota, a późniejsze pozbycie się iluzji to nie rozwianie się snu w rzeczywistości, ale duszący uścisk rzeczywistości w zbyt żarliwym objęciu.


1Mt VII, 29 Biblia Tysiąclecia, wyd. III poprawione. Pallottinum 1980. Oddajmy jeszcze głos Biblii (nowy przekład) Brytyjskiego i Zagranicznego Towarzystwa Biblijnego, Warszawa 1975: „Albowiem uczył je jako moc mający, a nie jak ich uczeni w Piśmie”. (przyp. red.).

2Mistrz Bckhart, Kazania i traktaty. Przełożyłi przedmową opatrzył Jerzy Prokopiuk, IW Pax, Warszawa 1988, s. 257. (przyp. red.),

3 Biblia Tysiąclecia, Kol. III, 10-1 1. Zamieszczony w BT Wykaz Skrótów tak tłumaczy użycie nawiasu kwadratowego w fekście: „nawias kwadratowy zamyka wyrazy, których wprawdzie nie ma w tekście biblijnym, lecz które są niezbędne w przekładzie ze względu na sens bądź na wymagania języka polskiego”. (przyp. red.).

4Mt XX, 16, (przyp.red.).

5Mt IV, 45. (przyp. red.).

6 Maja (skt): termin buddyjski, ułuda lub też świat zjawisk postrzegany przez zasłonę niewiedzy. (przyp. red.).

7 Biblia Tysiąclecia, I Kor. IV, 5. (przyp. red.).

8 I Kor. 7,29. (przyp. red.).

9 Coilus reservatus — stosunek przerywany. (przyp. red.).

10 Denis de Rougemont (1906—1985), szwajcarski intelektualista, eseista i działacz. Protestant, był związany z katolickim personalizmem Emmanuela Mouniera. Moralista, broni tradycyjnych wartości chrześcijańskich widząc w nich przeciwwagę dla takich chorób jak totalitaryzm i obsesja postępu za wszelką cenę, które sprzyjają odduchowieniu, uniformizacji i zanikowi wolności bądź ucieczce od niej. Poszukiwanie i podjęcie osobowego powołania jest według niego drogą do wolności. W swojej twórczości zajmuje się również analizą mitów jako wzorców kulturowych kształtujących ludzkie postawy, porównując pojęcia i postawy Wschodu i Zachodu. (przyp. red.).

11 Tertulian (ok. 160-220 n.e.), filozof chrześcijański i apologeta, reprezentował skraj- ny tradycjonalizm odmawiając prawa do swobodnego badania zasad wiary religijnej, potę- Piał filozofię (z wyjątkiem chrześcijańskiej), głosił sprzeczność wiary i rozumu, Cytat Pochodzi z jego dzieła pn. Apologetyk. Zob. też m.in. „Wiara i rozum - szkice o Ojcach Kościoła” Andrzeja Kasi, Warszawa 1981. (przyp. red.).