Robert Augustus Masters

SZCZĘŚCIE I EKSTAZA


(Materiał z sesji, która odbyła się w dniu 11 marca 1988 r.)

JEAN: Byłem ostatnio całkiem szczęśliwy... Gdy myślałem o tej sesji, czułem się bardzo podekscytowany, lecz zauważyłem, że byłem przeładowany tym podnieceniem, może dlatego, że zazwyczaj tryskam nim na prawo i lewo! (wesołość) Pomimo tego nie wygląda jednak na to, abym wiedział, w jaki sposób osiągnąć ugruntowanie w Ekstazie czy w szczęściu...

ROBERT: Cóż, ugruntowanie w Ekstazie niekoniecznie przypominać musi typowy trening czy koncentrację z ich stałym odczuwaniem, głęboko zakotwiczoną fizycznością, trzewiowym powiązaniem z Grawitacją... Ugruntowanie w Ekstazie zawiera w sobie oczywiście dobrze zakorzenione ucieleśnienie, ale jest to coś więcej niż ucieleśnienie czy ugruntowanie, które możesz odczuwać, gdy osiągasz jasną koncentrację we śnie, szczególnie w takim śnie, w którym wiesz, że śnisz. W jaki sposób pozostajesz ugruntowany w takim śnie? Twoje śniące ciało nie musi oddychać, więc nie możesz polegać na świadomości oddechu, twoje śniące ciało nie musi liczyć się z prawami fizyki - może fruwać, przechodzić przez ściany, zmieniać wiek i postać, może nawet rozpłynąć się lub bez ograniczeń ekspandować - tak więc nie możesz skupić się i medytować moment po momencie twoich wrażeń cielesnych, podobnie jak nie zawsze jesteś w stanie zwracać uwagę na procesy myślowe, gdyż myślenie w takim stanie łatwo przekształca się w trójwymiarowe reprezentacje myśli, w szalonym tempie przelatujące przez twój umysł jak klatki filmu. Jaka jest więc tu podstawa do ugruntowania? To przychodzi z rozwijającej się wrażliwości i przechodzi w świadomość ,ja śnię” i z natury rzeczy ognisko medytacji spoczywa bardziej w obecności niż w szczegółach! Jest to coś takiego, jak koniec tych wieczorów, gdy każdy znajduje się tu w stanie bezczynnej czujności i nie * musi podążać za oddechem, ani angażować się w jakieś konkretne skupianie uwagi - uwaga jest w sposób naturalny już poddana Obecności Bytu, Obecności Pierwszej Tajemnicy, Obecności Tego, Co jest niczym innym, jak esencją Prawdy.

Prawdziwa Ekstaza sama prowadzi do ugruntowania. Jeżeli musisz oddzielić się od Ekstazy po to, aby być w niej ugruntowany, to nie jest to prawdziwa Ekstaza, lecz jedynie wymuszona przyjemność, stan uszczęśliwienia zależny od okoliczności, szczyt dobrego samopoczucia, rodzaj narkotycznego upojenia. Greckie słowo „ekstasis” znaczy tyle, co „stanąć na zewnątrz siebie” - możesz doszukiwać się w tym różnych skojarzeń, lecz ma to związek z wykraczaniem poza twoje uświadomione granice, szczególnie poza granice zdeterminowane percepcją, wykraczanie zarówno w sensie obecności, jak i w sensie odczuwania, bez jakiegokolwiek rozrzedzania namiętności czy siły życiowej. Bycie w Ekstazie oznacza gwałtowny przypływ życiowej Energii, emanującej na zewnątrz promieniującą szczodrością -eksplodującej rozkoszą, świecącej miłością... I nie jest tak, że to ty ukazujesz Ekstazę; jeśli Ekstaza rzeczywiście ma miejsce, to ty nią jesteś! Nie możesz mieć Ekstazy, lecz możesz Nią być!

Musimy nauczyć się wyraźnie odróżniać przyjemność od Ekstazy. Ekstaza nie jest zintensyfikowaną przyjemnością; ma zupełnie inny charakter niż szczyty przyjemności! Równocześnie Ekstaza - jeśli jest Ona prawdziwa -czasami zawiera w Sobie element smutku, bardzo wysoki poziom smutku, żal pozbawiony dramatyzmu. Może Ona pozostawać w empatycznej komunii ze wszystkim, co istnieje, zamiast być jedynie jego radosną transcendencją. Mówiąc jaśniej, Ekstaza jest nie tylko celebrowaniem radości Bycia, lecz również głęboko odczuwaną świadomością przemijania wszystkich rzeczy. Na swój sposób smutek, czysty smutek, jest tak samo ekspansywny, jak Ekstaza. Smutek okazuje szacunek temu, co skończone, Ekstaza temu, co nieskończone, i kiedy te dwie rzeczy się spotykają, wtedy jesteśmy naprawdę w pełni ludźmi. Pozwalajmy by nasza miłość zarówno wznosiła się pod obłoki, jak i płakała. Tu znajduje się serce, tu tkwią prawdziwe korzenie współczucia...

Wszystko, co kochasz, umrze, zmieni się, zgnije, odejdzie i nie masz na to żadnego wpływu. Wczuj się w to, a także w owo bolesne, lecz nie patologicznie bolesne, ostro odczuwalne poczucie straty. Unikanie tego odczuwania pod pretekstem autotranscendencji lub Ekstazy jest po prostu odwracaniem się, jest aktem tchórzostwa i zaprzeczenia samemu sobie, jest unikaniem zranień nieodłącznych od prawdziwej miłości. Smutek jest czymś całkowicie innym od poczucia niezadowolenia, mającego miejsce wtedy, gdy coś ci nie wychodzi. To ostatnie jest czymś zamkniętym w sobie, reaktywnym i uparcie implozyjnym. Natomiast prawdziwy smutek nie jest zamknięty w sobie - jest ekspansywny, wylewający się na zewnątrz niczym świetlisty potop. On odbudowuje, odmładza, uzdrawia, pozwala nam wejść w kontakt z kosmicznym smutkiem i kosmiczną mdością... Jeśli o mnie chodzi, uważam, że najwłaściwszą reakcją na przemijalność wszystkich rzeczy nie jest obojętność czy izolowanie się, lecz w równym stopniu smutek i Ekstaza - bowiem uświadamiać sobie jedynie to, co umiera, lub to, co nie może umrzeć, nie wystarcza. Naszym zadaniem jest odczuwać obydwie rzeczy jednocześnie.

JEAN: Czasami poczucie straty jest dla mnie tak bardzo bolesne, nawet •straty, która jeszcze nie miała miejsca... Mój smutek staje się tak silny, że otwiera mnie, i wiem, że jedyne, co mogę zrobić, to kochać, nieważne co...

ROBERT: Ekstaza jest „pełnokrwistym” promieniem miłości, jest doskonałym ucieleśnieniem boskości miłości - jest wyznaniem miłości, zarówno miłości do innych, jak miłości do Boga, wyznaniem, które ogarnia całe ciało, poziom po poziomie - świętą Obecnością... (pauza) Możesz nazwać Ekstazę miłością w ruchu, lecz mógłbyś to samo powiedzieć o każdej prawdziwej relacji; dla takiego ruchu Ekstaza jest niebem, relacja ziemią.

Taka relacja jest czymś bardzo intymnym, czymś, co prowadzi nie do kopulacji pod płotem, lecz do prawdziwej całości, gdzie całą duszą i całym ciałem szanuje się zarówno to, co Wieczne, jak i to, co przemijające.

JEAN: Moim zdaniem relacja zawiera w sobie ruch, szczególnie poruszenie miłości...

ROBERT: Tak, lecz to nie ty poruszasz taką miłością - to raczej ona ciebie porusza. Jedyne, co możesz zrobić, to uwrażliwić się na jej imperatywy, jej kuksańce i porzucić własną inercję... Widzisz, my tu mówimy o miłości przez duże „M”.

Musimy to uczynić, aby odróżnić JĄ od tego, co zwykle ludzie nazywają miłością, a co nie jest niczym więcej, jak mieszaniną rozbudzonego apetytu, sentymentalizmu i nostalgii. To nie jest Miłość!

Prawdziwi kochankowie są ze sobą ekstatycznie związani i nie tracą przy tym nic ze swej tożsamości, nawet w momentach najwyższego uniesienia. Jednak inaczej, niż ma to miejsce w wypadku osób o skłonnościach romantycznych, nie kultywują oni własnej odrębności! Ekstaza jest ekspansją, świadomym sięganiem własnych granic, podczas gdy zwyczajna przyjemność jest tylko mechanicznym wysiłkiem mającym na celu rozwiązanie bądź pozbycie się takich ograniczeń, czy to poprzez seksualne zaspokojenie, stłumienie za pomocą pseudomedytacji bądź telewizji, poprzez narkotyki czy uczestniczenie w pełnym przesady kibicowaniu niektórym wydarzeniom sportowym...

JEAN: Kluczem jest tu słowo „wysiłek” - tak, tu jest wysiłek.

ROBERT: Tak, ale w sposób paradoksalny jest w tym również i lenistwo. W gruncie rzeczy lenistwo jest temu bliższe niż wysiłek. To bardzo łatwe, rozmazać granice bądź uczynić je nieczytelnymi poprzez orgiastyczne ekscesy, narkotyki, alkohol, zbiorowe szaleństwo tłumu czy przesadne poświęcanie się... Łatwo tak postępować; do tego nie potrzeba inteligencji, wrażliwości ani specjalnego przygotowania. Jedyne, czego tu potrzeba, to gotowość wyzbycia się własnej tożsamości i godności, gotowość do oszukiwania samego siebie i fałszywa wiara, że tego rodzaju samowyrzeczenie oczyszcza... (długa pauza) Ekstaza jest ochłodą, odświeżającą, chłodną przestrzenią, niezmąconą ciszą, niewypowiedzianym żywym głosem, podczas gdy intensywna przyjemność zwykle jest przegrzana, obrzmiała, burzliwa, hałaśliwa w dążeniach do osiągnięcia celu. Tak, Ekstaza czasami może być bardzo gorąca - na przykład podczas pełnego mocy seksualnego zjednoczenia-lecz jednocześnie jest w tym i chłód, przestrzeń, atmosfera, która jest czymś więcej niż tylko gorącem lub słodyczą. Jakkolwiek oczarowujące by było doświadczenie ekstatyczne, nie jest ono zakłóceniem czyjegoś systemu, lecz raczej jego odmłodzeniem i jego ekspansją, podczas gdy przyjemność jest czymś zupełnie innym, szczególnie przyjemność nieoświecona...

JEAN: Jest w tym coś niepokojącego...

ROBERT: Właśnie. Dlatego też ważne jest, by nie robić sobie bożka z przyjemnego podniecenia. Zobacz, jak łatwo współcześni rodzice pozwalają swym dzieciom na to, by przesadzały z zabawą, ulegały nadmiernej ekscytacji, podczas gdy nadmierna stymulacja przysłania wrażliwość, miłość i subtelność - dzieciaki są tym wszystkim w końcu przesycone i szybko się nudzą.

To przypomina sposób, w jaki większość ludzi uprawia seks! Grają na najwyższych strunach podniecenia tak mocno, tak intensywnie, że muszą mieć jakąś formę uwolnienia się z napięcia wywołanego taką szaloną stymulacją. To jest sama esencja masturbacji, niezależnie od tego, czy ma to związek z seksem, czy z dziecinnymi zabawami (wszystko to zbyt często niesie ze sobą okrucieństwo, automatyzm i bezmyślność tłumu i często charakteryzuje tzw. zajęcia dorosłych - dzieci zostają „udoroślane” przez charakterystyczną dla naszej kultury obsesję pogoni za przyjemnością) lub z chronicznym lękiem, przesadnym rozumowaniem, co jest plagą większości z nas... (pauza)

Nie mówię, że silne podniecenie jest czymś złym, lecz że większość ludzi nadużywa go, wykorzystując jako substytut Ekstazy... Napięcie nie jest złą rzeczą. Zwykle myśli się, że napięcie jest neurotycznym zapętleniem... Istnieją też inne rodzaje napięć, włącznie z tym, które utrzymuje nas jako indywidualne formy walczące z entropią postaci energii Życia. Tego rodzaju napięcie jest kosmicznym Ładem, ciągle wykonującym swój wysublimowany taniec z kosmicznym Chaosem, taniec, który stwarza i wyraża Byt...

Ekstaza, zastąpiona substytutem rodem z Madison Avenue (aleja na Manhattanie, gdzie mieszczą się największe agencje reklamowe - przyp. tłum.), jest ciągle tabu w naszej kulturze. Ludzi ekstatycznych nie da się kontrolować, ponieważ nie potrzebują oni nikogo, aby ich podniecał - oni już są podnieceni, już są ożywieni przyjemnością i witalnością Esencji!

Są głusi na reklamę, niepodatni na urok narkotyków, nadużycia seksualne czy onanistyczną stymulację, podobnie jak na naciski ze strony rodziców czy rządu, którymi próbowano by skłaniać ich do jedzenia czy przyjęcia konformistycznej postawy. Nie muszą się reklamować ani obnosić ze swą innością; mogą nawet na zewnątrz wyglądać całkiem „normalnie”. Nie czują się zagubieni czy wyalienowani, osieroceni, więc nie mogą być wykorzystywani przez te siły, czy na przykład masowe ruchy, które pojawiają się i mówią:

„Możesz być z nami, należeć do nas, być jednym z nas, jeśli tylko będziesz robił to, co my...” Ekstatycy, lub nawet częściowi ekstatycy, nie są użyteczni dla państwa. Nie są oni „dobrymi” obywatelami, lecz nie są też rebeliantami, kipiącymi złością nastolatkami, wojującymi przeciwko strukturom, którymi tak naprawdę to chcieliby rządzić (i czasami rządzą, z rezultatem wcale nie lepszym od ich poprzedników)... (pauza) Tak więc, jeśli masz do czynienia z Ekstazą, jeśli jest to coś więcej, niż flirtowanie z możliwością jej wystąpienia, to masz równocześnie do czynienia z tą najczęściej nieuświadamianą energią w naszej kulturze, która mówi: „Nie bądź ekstatyczny! Pław się w przyjemności, płynącej z konsumpcji, ale nie stań się ekstatyczny!”

JEAN: Czuję to; na ulicy, w supermarkecie, wszędzie. Czuję to w mej przeszłości, w mojej rodzinie, u moich rodziców, jakże to było martwe...

ROBERT: Tak. Nawet wtedy, gdy podniecenie jest wymuszone i sterowane przez rodziców, Ekstaza wciąż jest tabu, ponieważ jest ona czymś strasznym dla zorientowanej na przyjemność nędzy, która wyziera z istoty współczesnego życia. Czy to nie dziwne, że Ekstazę zwykle uważa się za coś nienormalnego, za aberrację (z wyjątkiem małych dzieci, u których jest tolerowana), jest uważana za rodzaj braku wrażliwości: „Czy nie widzisz, ile jest w świecie cierpienia? Jak możesz być tak szczęśliwy?” Lecz to właśnie Ekstaza lub prawdziwe szczęście, szczęście niezależne od okoliczności, okazuje się właśnie tym, co jest najbardziej przydatne w skutecznym zwalczaniu cierpienia, ponieważ Ekstaza dostarcza nie tylko energii i przebojowości, potrzebnej do tego rodzaju zadania, lecz równocześnie pełna jest rozumiejącego współczucia, miłości i wielowymiarowej wrażliwości! Tymczasem wesołość, lub zwyczajny dobry humor, podobnie jak surowość, nikomu nie pomogą. Krótko mówiąc, obecność Ekstazy jest uzdrawiająca...

JEAN: I uwrażliwiająca...

ROBERT: Tak... jeśli Ekstaza nie zawiera w sobie wrażliwości i subtelności, wtedy nie jest to Ekstaza, lecz narkotyczny „haj” zależny od okoliczności, uboczny produkt takiego, a nie innego zbiegu okoliczności. Ekstazy nie da się wytworzyć, gdyż tkwi ona w samym Bycie. Jest to głęboko odczuwana intuicja Niewysłowionego, mająca swe centrum w ciele, to zachwycający uścisk Boga, jednocześnie żywo pulsujący, uścisk szeroko otwarty, wrażliwy i wolny od umysłu, to znaczy od fałszywych odczuć, (długa pauza)

Większość z tego, co robię, polega na uczeniu ludzi sztuki radzenia sobie z tym, co znajduje się na drodze do Ekstazy. Nie chcemy, by uważano nas za pożałowania godnych nudziarzy, którzy ciągle popadają w euforię czy czują się szczęśliwi!

Mamy zamiar być prawdziwie szczęśliwi, ugruntowani w rozpoznającej Boga radości, co oczywiście nie oznacza pokrywania naszego bólu uśmiechem, zgrywania się na szczęśliwych czy usiłowania wzniesienia się ponad trudy Życia! To, o czym mówię, oznacza stawanie się zdolnym, konsekwentnie zdolnym do przeżywania takiego stanu szczęśliwości i miłości, nawet w czasie próby. Świadome wcielanie tego w życie nie usuwa i nie neguje naszego gniewu czy smutku, lecz pozwala nam na najczystszą ekspresję tych uczuć... Oryginalna szczęśliwość jest już w nas obecna, być może zasypana... Zejdź głębiej, a znajdziesz to w samym centrum Ciebie samego, zapraszające cię do swego wiecznego Serca...

JEAN: Dla mnie jest to pełnia... pełnia wolna od dramatyzmu sytuacji.

ROBERT: W Ekstazie nie ma centralnego dramatu, nie ma identyfikowania się z dramatem. Ekstaza jest transcendencją umysłu, przebywaniem w Królestwie, dokąd umysł nie ma wstępu i dramat, bedą w dużej mierze produktem umysłu, nie może zapuścić korzeni w Ekstazie. Może jest tu pewien dramatyzm, pewien koloryt mityczny, który często w sposób zabawny związany jest z krawędzią Ekstazy, lecz jedynie prawdziwie archetypiczne rodzaje dramatu, wielkiego dramatu, mogą przeniknąć do Ekstazy, ale nawet one znikają w jej głębi... (długa pauza)

W Świetle Ekstazy prawie każdy dramat jest bez znaczenia, jakkolwiek nie byłby dotkliwy i wielki. Jest jak papierek od cukierka podczas gwałtownego wichru; widać go przez moment, potem gdzieś odlatuje. Zapominamy o nim, podobnie jak zapomina się ubiegłoroczne „Twarze tygodnia”. Jego istnienie nie jest potrzebne do pełni Teraźniejszości. To jedynie robi miejsce dla głębszej historii, historii prawdziwej, historii nas samych, wchodzących we własną pełnię Bycia, rozkwitu naszych zdolności zarówno do Ekstazy, jak i do prawdziwej indywidualizacji. (Dramat w formie żyjącego mitu może i nawet musi służyć wydobyciu naszej wrodzonej zdolności - w psychicznym teatrze, stworzonym poprzez pełne uczestniczenie w archetypicznym micie, odnajdziemy zarówno inspirację, jak i mądrość, potrzebną nam w naszej podróży bycia, o której wiemy, że musimy ją podjąć.) Ekstaza i indywidualizacja muszą być dopuszczone do owocnej koegzystencji. Czemu nie mielibyśmy być ekstatyczni i jednocześnie żyć życiem wysoce funkcjonalnym? Czemu nie być mistykiem i zarazem naukowcem; poetą i matematykiem, świętym i kochankiem? Czemu uciekać w to, co osobowe, lub w to, co międzyosobowe?

JEAN: Tak wiele nauk Wschodu mówi, że tych rzeczy nie da się ze sobą pogodzić. Tak wiele spośród książek, jakie przeczytałem, mówi o transcendencji, o tym, że nie istnieje coś takiego, jak jednostka... Przed laty naprawdę myślałem, że muszę zostać ascetą, że nie wolno mi rozwijać ego...

ROBERT: Podobne nauki w prawie wszystkich wypadkach były i wymierzone przeciwko ciału. Tak, jak gdyby było coś z gruntu złego w naszej naturze somatycznej, w naszej cielesności! Obarcz winą twoje ciało, obarcz winą pożądanie, uczyń winnym seks, osobowość... (pauza) Większość spośród praktyk ascetycznych to po prostu perwersyjna pasja, zwrócona do wewnątrz, zwyczajna ucieczka od intymności i innych praktyk afirmujących ciało - jest to po prostu represja ubrana w święte szaty, skłonność do eskapizmu, ucieczka od ucieleśnienia. Jest to anty - seksualne, anty -cielesne, anty - Życiowe. Nie różni się to specjalnie od materializmu Zachodu. Ascetyczne oddzielanie ducha od materii nie jest jedynie specjalnością manichejczyków. To dotyczy prawie każdego z nas. Tego rodzaju dualizm, którego korzenie tkwią w neurozie, równoważony jest przez równie neurotyczne poczucie jedności wyrażane w szaleństwie tłumu, czy rozdzielające praktyki medytacyjne. Jak dalece nie bylibyśmy opanowani obsesją cielesnego piękna i doskonałości w naszej kulturze, wciąż pozostajemy zasadniczo nastawieni anty - cieleśnie, ponieważ większa część nas, nasze ciało, jest wciąż tam, w dole, tak, jakbyśmy my sami byli gdzieś w górze, jakbyśmy kryli się gdzieś w naszych czaszkach. Przy takiej przewadze głowy właściwa ciału mądrość jest zaciemniana przez wyobrażenia nieoświe-conego umysłu... (pauza)

Umysł myśli, lecz ciało wie. Tracimy wrażliwość na nasze ciało, na nasze uczucia, na naszą wewnętrzną naturę, gdy kojarzymy sobie wiedzę z umysłem, gdy próbujemy wymyślić naszą drogę przez Życie, robiąc sobie od czasu do czasu przerwy za pomocą włączenia przyjemności do całego tego bałaganu, który zrobiliśmy z naszej cielesnej rzeczywistości. Nasze ciała są przesycone umysłem - ktoś pyta nas, jak się czujemy, a większość z nas szuka odpowiedzi w umyśle! Tak jak gdyby umysł wiedział! A kiedy już dopuścimy do tego, by nasz umysł wykonywał pracę inną niż ta, która jest mu właściwa, wówczas wpadamy w depresję, zamartwiamy się na śmierć, próbujemy przekalkulować naszą drogę przez życie i szukając lekarstwa na nasz rozstrój, zwykle folgujemy sobie cieleśnie, co uwidacznia się poprzez „rytuały” pospolitego seksu!

Widzisz, jaki bałagan z tego wyszedł? Uznaj ciało za coś złego, uznaj pożądanie za coś złego, a nie będziesz śpiewał prawdziwej pieśni. Uogólniając: Wschód odrzuca ciało, Zachód nadużywa ciała. Wschód nim gardzi, ucieka od niego, nawet biczuje je - Zachód przesadnie koncentruje się na nim, popełnia na nim gwałt, nawet chce je zabrać do Nieba! Musimy uleczyć się od podstaw, i żeby tego dokonać, musimy przestać traktować ciało jak przedmiot, czy to poniżenia, czy bałwochwalstwa... (długa pauza) Być może pewnego dnia dla niektórych z nas, seksualność przemieni się w celibat, a może nie. Naturalny celibat jest rzeczą bardzo, bardzo rzadką, z wyjątkiem ludzi starszych (a nawet w tym wypadku nie jest to zwykle prawdziwy celibat, ponieważ wciąż jest pełen pożądliwości). W większości wypadków, celibat jest po prostu represją, jak u Muktanandy...

JEAN: Czytałem o nim. Mówił o tym, w jaki sposób przezwyciężał pożądanie i gniew, i że u prawdziwego duchowego przewodnika nie można dostrzec gniewu, pożądania, ani uczuć związanych z seksem.

ROBERT: To wszystko gówno prawda.

JEAN: Tak dużo ludzi wierzy, że jest to prawda, że to właśnie jest prawdziwa duchowość, że nie powinni mieć pewnych pożądań...

ROBERT: Zauważ, jakie to wszystko łatwe! Wszystko, co musisz zrobić, to stać się nieco ekstatyczny, zostać np. wegetarianinem, przestać uprawiać seks (może jedynie z współmałżonkiem!), unikać poufałości - po prostu robisz to, przestrzegasz pewnego zestawu ciasnych przykazań. To takie proste! Nie musisz być subtelny, nie musisz być inteligentny, nie musisz twórczo interpretować ducha owych przykazań! Po prostu przestrzegasz ich albo wylatujesz. Albo druga skrajność: samozaspokajające zajęcia typowych hedonistów, ludzi nadużywających samych siebie na prawo i lewo, robiących sobie Świętego Graala z perfekcyjnego kopulowania. O co więc chodzi?

JEAN: Musimy odczuwać nasze pożądania, odczuwać nasze tęsknoty, pozwalać im poruszać nami, nie identyfikując się z nimi...

ROBERT: Tak... Trzeba pozwolić im się ujawnić, uzewnętrznić. Musimy zmierzyć się z każdą z naszych emocji, jakiej boimy się, bądź która nas niepokoi; musimy pozwolić jej, by ukazała nam swą twarz i przemówiła własnym głosem, by ukazała nam swą głębszą twarz i przemówiła głębszym głosem. Musimy dopuścić do oczyszczającej, zogniskowanej w duszy ekspresji, dopóki nie będziemy zdolni do stanięcia wobec niej „twarzą w twarz” i to bez autorepresji, bez przymusu. (pauza)

Człowiek Wschodu ucieka od pożądań, podczas gdy człowiek Zachodu, który również się ich boi, ucieka przed nimi w ...zmysłowość i nadmierną „zagłuszającą” kopulację, za-jada je, za-pracowuje je (czyli uprawia formę ucieczki, polegającą na zagłuszaniu [za-!] w sobie tego, co prawdziwe, przez oddawanie się bez reszty pewnym zajęciom) z wszelkimi znamionami chorobliwego natręctwa.

Obydwie strony, Wschód i Zachód, brzydzą się pożądaniem, obydwie odwracają się od niego. Zgoda, ludzie Zachodu mogą wyglądać na „rozkręconych”, podnieconych, przeżywających orgazm, lecz jeśli tylko zaczyna w nich wrzeć pożądanie, co wtedy robią? Próbują pozbyć się tego, wyrzucić to z siebie. Przecież zamiast tego można sobie powiedzieć: „W porządku, oto pożądanie, niesamowite pożądanie! Pozwólmy mu pozostać, bez żadnej intelektualnej maskarady. Oświećmy je, nie brońmy się uparcie przed nim, wcielmy je w siebie, bez przyjmowania jakiegokolwiek antyżyciowego programu, jaki mógłby być weń wszczepiony. Zaryzykujmy, zaryzykujmy bycie „nieokrzesanym”, żywiołowym, ekstatycznym! Podstawową sprawą jest tu pełne rozbudzenie. To jest właśnie bezpośrednia partycypacja w naszym pożądaniu - przebudzenie nie wymaga emocjonalnego rozdwojenia!

Takie podejmowanie ryzyka przełamuje nasz lęk, a szczególnie lęk antycypujący przyszłość, który podkopuje tak wielu z nas.

Aby dotrzeć do miejsca, gdzie lęk przed przyszłością (który stanowi co najmniej 99% naszego lęku) został wyparty, musimy stanąć twarzą w twarz z tym, czego się obawiamy, czego naprawdę się boimy... (pauza) Ci, którzy uprawiają powietrzne akrobacje, nie robią tego dla przysłowiowego dreszczyku emocji, lecz po to, aby samym sobie udowodnić, że są odważni, tak naprawdę mogą jedynie unikać stanięcia twarzą w twarz z własnymi obawami, dotyczącymi braku akceptacji ze strony ojca. Skaczą, aby udowodnić, że nie boją się robić tego, czego boi się robić większość ludzi, lecz pomimo to wciąż się boją. Nie stają twarzą w twarz z ich głębszym lękiem, lecz jedynie kompensują to sobie biorąc na siebie mniejszy lęk. Wielu, wielu ludzi popada w ten mechanizm, podejmując wyzwania, które jedynie przysłaniają ich głębsze, bardziej istotne wyzwania, z jakimi powinni się zmierzyć...

Ale przecież nie mamy zamiaru żyć w lęku, podobnie jak nie mamy zamiaru żyć w niewrażliwości. Każdy, kto intensywnie żyje jako ego, żyje w lęku. Ego jest to napędzane lękiem przywiązanie, wręcz nałóg, zamknięty w sobie nawyk, który drży przed własnym unicestwieniem, przed śmiercią, tak przerażony, że stara się przedłużyć własne istnienie, stworzyć przekonywające złudzenie, że będzie żył wiecznie. Ego stroi się w szaty duszy, i wtedy śni o pójściu do Nieba, o posiadaniu niewielkiej własności czy też wiecznego domu „tam, w górze”. Specjalnie nacisk kładę na owo „w górze”, ponieważ cała ta przeklęta szarada wykluwa się w głowie, w umyśle. Ego jest zanegowaniem niestałości, wewnętrznego przepływu życia. Ego jest zbyt statyczne, aby mogło być ekstatyczne! Identyfikowanie się z ego to Piekło, Piekło chronicznego lęku, to utrata bogactwa Życia...

JEAN: Niemalże zawsze istnieje poczucie cząstkowości istnienia. Kiedy tak rozmawialiście o lęku, naszły mnie wspomnienia z dzieciństwa. Przypomniałem sobie, jak przeskakiwałem przez płoty, robiłem różne skoki na rowerze czy wdrapywałem się na wierzchołek drzewa, aby udowodnić, że się nie boję. Robiłem to wiele razy...

ROBERT: Lecz do niedawna jeszcze nie zastanawiałeś się, dlaczego to robiłeś, nieprawdaż? A tam tkwił głębszy lęk.

JEAN: To był lęk przed śmiercią, lęk przed nicością... przed nieistnieniem...

ROBERT: ...który miał swe korzenie w lęku przed tym, że nie należysz do nikogo... Od samego początku wiedziałeś, że nie należysz do nikogo, wiedziałeś, że twoi rodzice nie byli twymi prawdziwymi rodzicami, że byli twymi rodzicami jedynie z punktu widzenia genetyki, lecz nie byli nimi w sensie duchowym. Jasne, nie byłeś w stanie tego wyartykułować, lecz z pewnością czułeś to i to cię przerażało, ponieważ nie było nikogo, z kim mógłbyś się tymi odczuciami podzielić, kogoś, którego oczy świeciłyby światłem duchowego zrozumienia. Co więc robiłeś, borykając się z tym problemem? Potrzebowałeś jakiejś odskoczni od swego wewnętrznego spustoszenia, od twej nieznośnej alienacji i uczucia bycia opuszczonym, więc wynalazłeś sobie zastępcze lęki i wyzwania, którymi mogłeś się zająć, lęki, nad którymi byłeś w stanie zapanować, lęki, których przezwyciężanie tworzyło cię jako ego! Po prostu zjechałeś na pobocze, tracąc kontakt ze swoim centrum, tak że nawet teraz wciąż się boisz, wciąż jesteś nieufny, jeśli chodzi o poufałość, o prawdziwe dzielenie się z innymi twą głębią!

Nie możesz być jednocześnie ego i ekstatykiem! Ego nie może samo siebie wprowadzić w Ekstazę - możesz przez całe życie uprawiać jogę, możesz przez całe życie brać udział w seminariach poświęconych wzrostowi duchowemu, możesz poddawać się wszelkiego rodzaju terapiom, możesz przeczytać wszystkie wspaniałe książki, a mimo to nie będziesz miał zielonego pojęcia o Ekstazie! Ego jest niezdolne do Ekstazy, a to z powodu jego własnej struktury. Czy widzisz to piekło wbudowane w to wszystko?

JEAN: Tak.

ROBERT: Ludzie ciągle poszukują Ekstazy, nie zdając sobie sprawy z tego, że same ich poszukiwania stanowią problem! Nasze wyobrażenia o Ekstazie, o przyjemności, o tym, czego potrzebujemy muszą zostać ujawnione... Musimy stać się bardziej wrażliwi na nasze koncentrowanie się na ego, jeśli mamy kiedykolwiek poznać koncentrację na Esencji oraz Ekstazę. Bycie skoncentrowanym w Esencji jest konieczne, aby doświadczyć Ekstazy. Być skoncentrowanym i być ekstatycznym to nie są rzeczy wynikające jedna z drugiej, lecz w sposób konieczny współegzystują ze sobą. Są blisko siebie, ponieważ w zasadzie są tym samym. Osoba skoncentrowana i nie nastawiona na Ekstazę, nie jest naprawdę skoncentrowana, lecz jedynie fizycznie, rzadziej psychofizycznie ześrodkowana. To tak jak czarny pas w sztukach walki, które mają pewne centrum trzewiowe, lecz nie posiadają centrum w ciele emocjonalnym lub subtelnym, w sercu i duszy (może z wyjątkiem niektórych adeptów aikido). Oczywiście, mogą uczestnicy tych walk wyglądać na lepiej wytrenowanych, bardziej świadomie ucieleśnionych niż większość ludzi - zapewne, ale oni nie są ekstatyczni! Nie chcę przez to powiedzieć, że mistrzostwo w sztuce walki i Ekstaza wykluczają się nawzajem. Wcale nie muszą! Osoby ekstatyczne są bardzo silne i bardzo kruche zarazem, ponieważ nie są chronione w zwykły sposób. Są jednocześnie twarde i przeźroczyste...

JEAN: W smutku, który teraz odczuwam, widzę jak budowałem wokół siebie mury obronne po to, aby zabezpieczyć się przed ciosami, przed zranieniem...

ROBERT: Te wszystkie twoje systemy obronne muszą być umiejętnie pokonane; nie mogą być po prostu wymiecione tak, jakby wszystkie były neurotycznego pochodzenia. To mnóstwo energii, jakie tam zainwestowano, prosi o uwolnienie i miłość, a nie o inny rodzaj zamknięcia! Wiążące siły twego oporu potrzebują światła, a nie wyimaginowanej potęgi. To takie cholernie proste, postawić sobie wrażliwość na piedestale! Jeśli ty, w imieniu domniemanej prawdy przedwcześnie zdemontujesz swoje mechanizmy obronne, to ich korzenie pozostaną i tak na swoim miejscu i wszystko znów powróci, gdy tylko twój entuzjazm przeminie... (długa pauza)

Wrażliwość, nawet w tym zdrowym znaczeniu, niekoniecznie czyni z kogoś ekstatyka, ale wrażliwość jest wstępem do Ekstazy. To nie jest łatwe; tak naprawdę, to może być najcięższy odcinek naszej wędrówki. Dlaczego? Ponieważ musisz być wrażliwy, naprawdę wrażliwy - co niekoniecznie musi sprowadzić Ekstazę - będziesz musiał, będąc zupełnie nieosłoniętym, doświadczyć tego poziomu wrażliwości, który połączony jest z poczuciem bezbronności, a to może być niezwykle trudne do zniesienia... Trwać w miejscu narażonym na ciosy, których przez całe życie tak unikałeś, jest dowodem wielkiej odwagi, determinacji, prawdziwej miłości Siebie. Pozostań z tym, a możliwe, że znajdziesz wrażliwość, która jest źródłem mocy, wrażliwość, która łączy cię ze Źródłem wszechrzeczy, wrażliwość,

której korzenie tkwią w pełnej empatii Ekstazie. Aby jednak przejść przez bezbronność, stanąć twarzą w twarz z tkwiącym w nas bólem, potrzebujemy wsparcia, potrzebujemy prawdziwych przyjaciół i środowiska, w którym nasz wysiłek będzie bez przeszkód kontynuowany, a to, co dopiero zaczęło w nas wzrastać - znajdzie pokarm. Takim miejscem jest właśnie Xanthyros.

Czerpiemy z dojrzałej wrażliwości i silnie pobudzonej chęci do zaakceptowania i umiłowania zranionego „ty”, „ty”, które jest niesamowicie podatne na zranienie. Kiedy nasze centrum nie jest jeszcze uformowane, kiedy jest jeszcze w stanie embrionalnym, podczas gdy nas wciąż jeszcze łatwo jest zranić -znajdujemy się w niezwykle trudnej sytuacji, gdyż z wyjątkiem przelotnych momentów, które mogłyby zapewnić stabilność naszej wrażliwości, nie mamy punktu oparcia. Wtedy skłaniamy się do zamykania w sobie, stajemy się powierzchowni i usilnie racjonalizujemy swoją ucieczkę. Właśnie dlatego potrzebujemy siebie nawzajem! Potrzebujemy prawdziwych przyjaciół, prawdziwych sojuszników, aby pomogli nam w przejściu od braku centrum do substancjalnego centrum, lub - dokładniej - potrzebujemy robić to zarówno na własną rękę, jak i razem, zarówno w samotności, jak i w związkach z innymi... (pauza)

Teraz już wiesz, że na tej drodze będą zarówno okruchy szczęścia, jak i smakowanie Ekstazy, będzie tam również tworzenie związków pomiędzy takimi zachwyceniami a konkretnymi okolicznościami, występującymi w danej chwili - będziemy prawdopodobnie próbowali odtworzyć takie warunki, aby przeżyć więcej takowych porywów, co oczywiście przyniesie odwrotny efekt. Ekstaza przez cały czas jest radością, pamiątką, darem, boskim darem, za który powinniśmy być wdzięczni, zamiast obrażać się...

JEAN: ...na to, że nie przydarzyło się więcej! (śmiech)

ROBERT: Tak.

JEAN: Zrobiłem to. Stąd też wzięło początek mnóstwo moich zmagań, z poczucia, że jestem zbyt zależny od tego, co daje mi szczęście. Jednakże wciąż pod presją tego wszystkiego odczuwam wiele niezaspokojonych potrzeb.

ROBERT: Kiedy pozwolisz, aby te potrzeby naprawdę ożyły, wolne od umysłu i od manipulacji, wtedy będziesz za pan brat z Ekstazą, niezależnie od twego nastroju! Doprowadź potrzebę do jej ostatecznych granic, do samego jej jądra, a poczujesz się w swej prawdziwej egzystencji totalnie zależny od Wszechświata, nie mówiąc o kontynuacji. Nie jesteś tak naprawdę oddzielony od żadnej z tych rzeczy. Ani trochę! Dlatego też nie ma potrzeby próbować stać się kimś szczególnym. Po co miałbyś to robić, skoro i tak już jesteś od urodzenia kimś wyjątkowym, już jesteś w komunii z prawdziwą Esencją tego wszystkiego? Oczywiście, robimy to, kiedy odgradzamy się od tego, co jest naszym prawdziwym pokarmem i budujemy sobie naszą wyjątkowość, mały bastion, manifestujemy naszą niezależność jako bufor przeciwko naszej rozpaczy, tworzymy złudzenie bycia kimś, a robimy to po to, aby zamaskować własne poczucie bezwartościowości, poczucie bycia nikim.

Taki jest właśnie mechanizm ego lub nieświadomej identyfikacji z personą, z wyjątkowością... Przełam tę identyfikację, a ego stanie się przepuszczalne dla Esencji, otworzą się drogi ekspresji koloru, zapachu, dziwów i cudowności twej szczególnej indywidualności. Zdrowa persona jest dramatycznie mocna, elastyczna, oświetlona czujnością, która nie jest, Ja”, lecz jedynie cudownie wycieniowaną maską na użytek zewnętrzny, jest umiejętnością społeczną, która służy zarówno potrzebom czyjejś Esencji, jak i otoczenia. Maska taka musi być płynna jak woda...

Na Wschodzie persona uległa dewaluacji, została obalona, uważana jest za iluzję, za przeszkodę na drodze duchowego wzrostu; z kolei na Zachodzie persona jest gloryfikowana, rozdęta, wystawiona na widowisko, nagłaśniana. W naszej kulturze nadużywamy persony. Przebieramy ją i pozwalamy jej żyć naszym życiem, prowadzić nasze samochody, i kochać się z naszymi żonami jako ego. Jesteśmy zafascynowani innymi ego, szczególnie gwiazdami mass mediów, niesamowicie wysoko wynagradzanymi za odgrywanie swych ról, więc sądzimy, że jeśli także będziemy odgrywać swoje role, to również zostaniemy nagrodzeni, czy to seksem, czy pieniędzmi, czy uznaniem, czy Niebem! Cóż za idiotyczna gra!

JEAN: Widzę te pełne mocy podobizny - czasopisma, gazety, wszystkie te nagłówki, te ploteczki - pamiętam, jak oglądając te czasopisma myślałem, że gdybym był ubrany tak jak oni czy wyglądał tak jak oni, to byłbym szczęśliwy, mógłbym mieć to, co - jak myślałem - było mi potrzebne...

ROBERT: To są właśnie modele naszych ról, bywamy jak manekiny, jak wyrastający ponad życie somnambulicy, przyklejeni do swoich estrad, przyrośnięci do swego piekiełka, przypięci do swojej sławy! Cóż za piekło! Ci, którzy zazdroszczą tym sławom, jedynie pasożytują na nich - jest to rodzaj obustronnego pasożytnictwa; tłum ze smoczkami wetkniętymi w wielogębną twarz! (długa pauza) Ego szuka wyłączności, czy to poprzez inflację, czy skrajną deflację; ono chce żyć wiecznie, więc wciska swe „odżywki” dzieciom, przekazując dalej szaleństwa pokolenia, które są plagą ludzkości. Ale uwaga - jeśli ego jest czymś, co robimy z sobą, to jest również czymś, co możemy przekreślić lub radykalnie odmienić. Ono musi być zmienione. Nie obchodzi mnie, ile mamy lat. Mówi się, że nie można nauczyć starego psa nowych sztuczek; ależ można, naturalnie, jeśli stary pies się przebudzi!

Spójrz teraz na Gail [Gail obserwuje przebieg sesji i wraz z Jeanem weźmie udział w ćwiczeniu transwerbalnym, które sesję zakończy]. Pomiędzy tobą a nią przepływa miłość; ciepła, pełna życia miłość, ale zwróć też uwagę na znacznie głębszą miłość, miłość Czegoś, Co widzi swój obraz odbity w jej oczach. To, w co wpatrujesz się patrząc w oczy Gail, co również spogląda poprzez twoje oczy... Nie jest to coś zasadniczo osobowego, lecz jest to bardzo, bardzo kochające, jaśniejsze od tego, czym najczulsza miłość kiedykolwiek mogłaby być... (długa pauza) Jest więc miłość bezosobowa, jest i osobowa, obydwie występujące jednocześnie, i żadna nie jest podporządkowana drugiej...

Zazwyczaj chcemy odczuwać jedną z nich - zaczynając wchodzimy w nieosobowy (lub transosobowy) wymiar miłości, a kończymy ograniczając jej wspaniale współodczuwającą Neutralność do neutralności eskapi-stycznej, mniszego „wyłączenia się”, wstrętu do poufałości - lub przechodzimy do osobowego wymiaru miłości, a kończymy redukując ją do czegoś romantycznego, sentymentalnego, do miejsc, gdzie do znudzenia możemy dramatyzować nasze neurozy... (pauza) Jeśli jednak obie miłości będziesz czuł tak, jak w tej chwili, wówczas ta miłość międzyosobowa stworzy przestrzeń życiową dla tamtej - osobowej, a osobowa z kolei dostarczy punktu oparcia dla miłości międzyosobowej, napełniając ją współodczu-waniem.

Gdy coraz głębiej wpatrujecie się w siebie, pozwalając sobie na zatopienie w miłości i Ekstazie, szybko stanie się dla was oczywiste, że ufność jest podstawą tego wszystkiego... Ekstaza nie pojawia się bez ufności, a ekstatyczne istnienie pojawia się jako głębokie zaufanie do Wszechświata, do Bytu, do Tego, co porusza to wszystko, do podstawowych praw Manifestacji. Ekstatyczna istota żyje w zgodzie z tymi zasadniczymi prawami... (długa pauza) Teraz wiecie, że Jądro tego wszystkiego nie ma nic wspólnego z wiedzą, z rozmyślaniem. To nie ładunek wiedzy wyzwala Ekstazę. Jądro jest po prostu wiecznie przepełnione bezwiednym rozumieniem. Czy nie czujecie tego?

Kiedy tak w dalszym ciągu wpatrujecie się w siebie nawzajem (i kochacie się wzajemnie), to nie ma potrzeby, by wiedzieć, jest tu po prostu niezaprzeczalne rozumienie, niewypowiedzianie światła intuicja wszystkiego... W głębi jest to takie proste, a skomplikowane jedynie w zewnętrznych mechanizmach... Jeśli już znalazłeś się w tej wysublimowanej prostocie ufności i miłości, wtedy intuicyjne przebłyski o ogromnej wartości mogą wypływać z twego wnętrza. Lecz jeśli nie ma tam miłości, jeśli nie ma tam ufności, wtedy żaden z tych potężnych przebłysków nie będzie miał wartości - wtedy prawdopodobnie zamienią się w filozofię, w różne systemy wierzeń, w różnego typu intelektualne szermierki... Ale w miłości, której teraz oboje się poddajecie, wasze przebłyski intuicji są świetliście przeźroczyste, bardziej podobne do mandali niż do komputerowych wydruków danych, bardziej przypominające modele najlepszych rzeczy, które możecie zrobić, niż ciasne katalizatory wysiłku... I czy ta Ekstaza, ten promieniujący spokój, ta bezchmurna Szczęśliwość jest czymś więcej, niż to, co w tej chwili dzieje się z wami? Ekstaza - czyż to nie wy ?


*

Od roku 1986 Robert Masters był mocno zaangażowany w tworzenie wspólnoty Xanthyros. Jego praca formacyjna z Xanthyros właśnie się zakończyła. Wspólnota mocno okrzepła, jest twórczo i płynnie zakorzeniona w dojrzałości jej członków, dojrzałości, która jest rezultatem lat głębokiej wewnętrznej pracy i związanego z nią ryzyka, powtarzających się załamań i oporów, emocjonalnej huśtawki, a także świadomej, trzeźwej wiary, i -przede wszystkim - uwolnionego od intelektu, wyraźnie żywego poddania się wymaganiom Procesu Przebudzeniowego. Stworzona została prawdziwa intymność, pełna komunia istot, które są równie mocno zindywidualizowane, jak i poddane Jedności Bytu, Który wszyscy dzielimy. Oczywiście, wciąż pozostaje wiele do zrobienia. To, co dotychczas osiągnięto, to jeszcze nie koniec, lecz niezaprzeczalnie zdrowa podstawa, fundament, który jest stały i prawdziwy, jego ciężko wypracowana stabilność tworzy glebę nie pod płytkie samozadowolenie, lecz pod znacznie głębsze żniwo, bogatszy rezonans ze Źródłem Wszechrzeczy, pełniejsze ucieleśnienie naszej natury...

Osiągnąwszy to, Robert może już rozpocząć inny rodzaj pracy z Xanthy-ros, lecz również może pracować poza wspólnotą Xanthyros, szczególnie przy formowaniu nowych grup. Grupy te tworzą się na zasadzie dynamicznej improwizacji, a struktury grup wyrastają z właściwych im potrzeb i energii. Podejście Roberta jest bardziej podejściem „szamańskim” niż „terapeutycznym”. Ta praca jest pionierska, delikatna, pełna mocy, przyziemna i transcendentna, jednocześnie podniecająco ryzykowna, wyzywająca, niezwykle subtelna, prosta, miłująca, radosna, rozdzierająca serce, płomienna i przejrzyście żywa, zawsze zapraszająca uczestników do spotkania i zabłyśnięcia na zewnątrz własną pełnią...


Xanthyros, P.O. Box 91727 West Vancouver, B.C., Canada V7V 4S1.