Robert Augustus Masters

WYZWOLENIE SEKSU Z FUNKCJI DOBREGO SAMOPOCZUCIA


Nadużywanie seksu stało się obecnie tak powszechne i zakorzeniło się tak głęboko, że przechodzi zwykle niezauważone, z wyjątkiem jego najbardziej ponurych i perwersyjnych ekstremów. Nie zdajemy sobie nawet sprawy z własnej awersji do autentycznej eksploracji i rozświetlania całej materii ludzkiego seksualizmu, przeprowadzanych nie w sposób kliniczny ani według zasad jakiejś filozofii, czy też w izolacji, ale w kontekście własnej wielowymiarowej egzystencji. Seks nie może krystalizować się w oderwaniu od całości naszego doświadczenia - należy go odczuć i przeżywać w rezonansie całego ciała, poprzez to wszystko czym jesteśmy i czym się zajmujemy. To nie akt separacji i egoistycznego pocieszenia, lecz celebracja pełni całości, wzajemna ekstatyczna intensyfikacja prawdziwie szczęśliwej i pozbawionej stresów intymności. To spotkanie dwóch istnień - pozdrowienie, prośba o zupełną nagość i wspólnie dzielone ze sobą szczęście.

Traktowanie seksu w sposób hedonistyczny, pruderyjny, obsesyjnie analityczny, przypadkowy, monogamiczny, kłopotliwy, egoistyczny, ambicjonalny duchowo, czy też nieszczęśliwy - to sprawa źle ukierunkowanej energii. Niektórzy pieprzą* swój gniew, pozbywając się tej mocy, która użyta z wrażliwością przełamuje bariery odgradzające nas od intymności. Teorie na temat pieprzenia pochłaniają i zmniejszają genitalną ekscytację, wywołują przymus myślenia, który owocuje w postaci obsesyjnych fantasmagorii wciągających w proces nieustannego tworzenia podniecających wyobrażeń. Niektórzy deifikują erotyczne doznania, uspokojeni pewnością, że ich seksualne centrum pozostanie zawsze otwarte na biznes i wyczerpująco reklamują swoje możliwości. Inni domalowują sobie skrzydła do ego, i nazywają to atmanem, duszą, albo uniwersalną jaźnią. Ci jogini próbują na medytacyjną modłę użyć seksualnej energii jako paliwa do zupełnie iluzorycznego lotu. Niektórzy gwałtowny napływ namiętności do emocjonalnego centrum mylą z miłością i stając się romantyczni, zatracają się w nieodpowiedzialnym rozpuszczaniu granic.

Beznadziejnie pieprząc sobie w mózgu z zapierającego dech pożądania piszą sentymentalną poezję. Jeszcze inni (a tych jest najwięcej), pieprzą cały swój strach, niepokój, wątpliwości oraz brak poczucia bezpieczeństwa, przez co redukują seks do roli zaworu bezpieczeństwa (psychologicznego karburatora). By uwolnić się od gnębiącego ich poczucia niepowodzenia - używają też erotyzmu, pornografii, fantazji i wszystkiego, co może zadziałać, aby utrzymać ten zawór otwarty, albo przynajmniej naoliwiony.

Niektórzy stronią od seksu, niektórzy nim żyją, inni go niszczą, lub nie dają mu wytchnienia, żenią go z umysłem. Innych wpędza w poczucie winy, niektórzy chełpią się nim, albo otaczają jak fortecą. Są tacy, co sprzedają seks, podczas gdy inni go kupują, niektórzy prześladują seks, inni obnoszą się z nim lub nadają mu wymiar duchowy, jedni siedzą na nim, a inni mają go gdzieś, ale prawie wszyscy nadużywają go: zmuszają do czegoś zupełnie różnego od jego prawdziwego przeznaczenia. Wyznaczają mu rolę instrumentu poprawiającego samopoczucie, traktują go jak przyjemną rozrywkę, lub próbują używać go w celu obniżenia napięcia, popadając w neurotyczną sublimację względnie romantyczną iluzję.

Seks nie powinien nam służyć ani jako nadający się do wszystkiego niewolnik, ani jako środek uśmierzający. Jego bezustanne nadużywanie szkodzi nam powodując osłabienie, degradację i stwarzanie iluzji. Szkodzi także naszemu potencjałowi przebudzenia się do własnej, prawdziwej istoty. Jeśli więc nawykowo pieprzymy swoją namiętność (szczególnie, wyzwalające stres seksualne pożądanie), albo wiążemy ją z rytuałami umysłu, wtedy zostajemy pozbawieni energii, której tak bardzo potrzebujemy, by rozniecić i ustabilizować swoją samorealizację. Innymi słowy, w takich okolicznościach, dopóki czegoś nie zmienimy, dopóty nasza energia życiowa zostaje automatycznie zaangażowana w coś zupełnie innego niż proces przebudzenia.

Równocześnie, represjonowanie lub podnoszenie seksualności do rangi tzw. duchowych praktyk z reguły chybia celu, choć może spowodować zwiększoną klarowność percepcji, podwyższyć świadomość i wzmóc wrażliwość na doznawanie rozkoszy, itp. Jednak bardziej istotne w tym wypadku staje się oderwanie seksu od uczucia, namiętności i pożądania, unikanie pełnej cielesności, wstręt do ludzkiej intymności. Wszystko to jest jeszcze jednym, bardzo wyrafinowanym, przyznaniem się do stłumienia istoty bycia. To plaga prawie każdego z nas, to rozbicie jaźni na fragmenty, i to bynajmniej nie w celu ponownego jej zjednoczenia, ale dla uzyskania odporności na wrodzony jej ból.

Kiedy zdarza się nam doświadczenie, które przynosi ulgę lub przyjemność, to zazwyczaj lgniemy do niego, eksploatujemy je w miarę naszych sił i odwagi, i w efekcie stajemy się nałogowcami. Rozpaczliwe położenie wywołane przez taki nawyk tylko zwiększa głód pożądanego doświadczenia. W ten sposób umiera miłość, zadeptana żądzą uwolnienia się z tego rozpaczliwego stanu, wytworzonego dzięki niej samej. Mówiąc w skrócie, mamy inklinacje do popadania w związki uzależnienia z czymkolwiek, co wydaje się polepszać samopoczucie i pozwala czuć się bezpieczniej. Dobre samopoczucie uzależniamy od pewnych doświadczeń, równocześnie oburzając się na swoje uzależnienie. Rekompensujemy to wszystko, pozując, pośrednio lub bezpośrednio, na filary niezależności, albo po prostu udając, że nie jesteśmy nałogowcami.

To samostwarzające się więzienie można dostrzec najczęściej w seksualnych intencjach i w samym działaniu. Nazbyt często aplikujemy sobie seks po to, aby poczuć się szczęśliwymi, zamiast zrobić wszystko, co potrzebne, aby przed seksem,.już wcześniej, czuć się szczęśliwymi, tak aby seks stał się wzajemnym dzieleniem się „uprzednim” szczęściem, żywą celebracją pełni, darem obfitości, czymś ożywczym i odmładzającym, po prostu dawaniem i przyjmowaniem. Używając seksu do polepszenia swego samopoczucia, niepotrzebnie go tylko obciążamy, dając mu za zadanie wyłącznie rozluźnianie napięcia i usuwanie naszych zmartwień.

Seks możemy wykorzystywać do ujawnienia korzeni i sposobów powstawania naszych zmartwień i nieszczęść, ale tylko wtedy, jeśli świadomie zaangażujemy się w niego. To jednak nie oznacza grania roli bezstronnego świadka, ale pozbawione zahamowań uczestnictwo cały ciałem, z otwartymi oczami, z namiętnością i pełną wrażliwością. Niewielu z nas chce to zrobić, zwłaszcza jeżeli seks stanowi dla nas podstawową metodę wprowadzania się w „dobry” nastrój i uwalniania się od napięcia. Dlaczego jednak mamy czuć się zagrożeni tym, co wydaje się być niezawodnym środkiem, szybkim i łatwym źródłem przyjemności? Odpowiedź mogłaby zabrzmieć: nie chcemy widzieć swojego seksualnego zachowania obdartego z automatyzmu, kłamstw, manipulacji, powiązań z umysłem i całej desperacji. Być może nie mamy chęci zobaczyć, do czego faktycznie doszliśmy, ani co podczas uprawiania seksu wyczyniają nasze umysły, nie mówiąc już o ciałach!

Konkludując: jeśli w czasie aktu seksualnego zwracamy świadomą uwagę na siebie i swojego partnera (co nie oznacza myślenia o tym, co właśnie się robi!), to stopniowo z doskonałą przejrzystością zauważamy podłoże swojego cierpienia, jak również pragniemy ucieczki od niego. Wtedy widzimy, jak bardzo siebie nadużywamy, jakie fałszywe mniemanie mamy o sobie, jak więzimy się - dosłownie łapiąc się w pułapkę aktu seksualnego. Rozpoznajemy też, że to, co robimy z seksem, jest jedynie wyolbrzymieniem naszej aktywności bez seksu. Chociaż niechętnie, to w końcu zauważymy, że gdy orgazm stał się jedynym celem, to wtedy wszystko sprowadzało się tylko do wzajemnego rżnięcia. Więc już dłużej nie wykorzystujemy jedynie żaru seksualnego ognia, ale zaczynamy czy­nić użytek z jego światła, rozumiejąc całą swoją istotą, że zdrowy i radosny seks nie jest możliwy bez odpowiadających mu, równie zdrowych i rados­nych, pozostałych aspektów życia. Seksualna wolność nie oznacza ani heteroseksualizmu, ani homoseksualizmu, ani biseksualizmu, ani aseksu-alizmu, ani masturbacji. Nie polega też na fantazjowaniu, cudzołóstwie, celibacie, flirtowaniu, moralizowaniu, libertynizmie czy zachowaniu mil­czenia. Seksualna wolność nie dotyczy pozwoleń czy moralnych reguł, to wolność przebudzenia, nie pozbawionego życia i pragnień, ale pełnego namiętności i cielesnego, sercem odczuwanego przebudzenia. Nie jest to konwencjonalna wolność, wolność zwierzęcia bez przeszkód wychodzą­cego z klatki, lecz wolność nie znającego ograniczeń życia, wolność obfi­tująca w uczucia, wibrująca miłością i empatią, obdarzona czystą mocą i subtelnością, autentyczna w swoich wzlotach i upadkach, pragnąca świętości, śmiesznie czuła, bez wysiłku intymna, nie związana z żadnym ideałem, bezustannie budząca się wraz z radością stanowiącą jej funda­ment, a nie cel. Jednak nie zakosztujemy jej, dopóki będziemy się pławić w sztucznym świetle. Musimy przyłączyć się do impulsu oświecenia i być mu całkowicie posłusznymi, niezależnie od tego, gdzie doprowadzi nas owa wolność...

Kiedy skończymy z uzależnieniem od seksu (albo czegokolwiek inne­go) jako stymulatora dobrego samopoczucia, wtedy uwolnimy się jedno­cześnie od samego problemu uzależnienia i znajdziemy w sobie siłę, nie zagrożoną już żadnym uzależnieniem czy przywiązaniem. Siłę, która równocześnie służy dojrzewaniu naszej indywidualności, jak i komunii ze Źródłem Wszechrzeczy. Nie ukrywamy swoich potrzeb. Coraz łatwiej puszczamy wszystko i nie unikamy intymności. Przestajemy osłaniać swoje serca. Nasza ścieżka nie jest już ścieżką ani introwertyka, ani ekstra­wertyka czy też neofity, ale kochanka.

* Wydawca zachowuje język oryginału.